niedziela, 2 sierpnia 2009

Wakacyjnie...

Jestem już w domu od kilku i dni, i naprawdę jest mi jakoś tak dobrze, spokojnie. Łagodny wiatr, który targa trawami lekko sunie wokół mojej twarzy, mojego ciała. Lekko mi...

Dom: żniwa, krzątanina, litry wylanego potu, zmęczenie, znużenie i odciski na rękach... Ale: praca przyjemna, jakoś tak zgodnie z rytmem natury, sprawiedliwie, radośnie nawet. Wreszcie mamy własny kombajn, a snopowiązałka poszła w odstawkę (tak, tak, u mnie w domu snopowiązałka, mendle i snopki - to normalne do zeszłego roku było). Teraz zaoszczędzamy czas i energię, nie ma strachu, że jak spadnie deszcz, to cała praca pójdzie na marne: wreszcie tata jest trochę odciążony i ze spokojną głową zbierze plony swoich starań i wysiłków. Dobra rzecz, ta mechanizacja, dobra...

Pomyśleć, że dopiero zwieźliśmy siano... Ledwo wysiadłam z samochodu, a już siedziałam w stodole i podawałam kostki... Nawet się nie zmachałam za bardzo, całkiem sprawnie i porządnie mi szło - nie było wstydu... Nawet chłopaki patrzyli z podziwem... Hehe... Malutka daje radę!

Poza tym: zapach racuchów z jagodami - niebo w gębie... buzi... mordce... pyszczku... ryjku... Jestem zachwycona, rozpieszczona...

Brak mi trochę pracy. Tej stabilizacji dnia: praca, akademik. Teraz: dom, stodoła, podwórko, wielokrotnie, dowolne kombinacje...

Przepraszam za chaos opisu, ale nie mam czasu pisa,ć tyle ile chcę jak chcę i kiedy chcę.

Znów muszę zmykać, paaaaaaaaaaaaa

Brak komentarzy: