poniedziałek, 1 lutego 2010

Wieczornie/ nocnie...

Nie mogę zasnąć. Siedzę na korytarzu. Nie potrafię znaleźć sobie miejsca na łóżku - to jeszcze za wcześnie, jak dla mnie.

Byłam dziś na Cytadeli z Izu. Wybawiłam się w śniegu, niczym mała dziewczynka. Lepiłam śnieżki z tego śniegu, tak opornego na moje działania, ale się udało po kilkakroć. Ubolewam nad brakiem sanek tylko, bo góreczki takie, że aż ślinka ciekła, i dzieciarnia korzystająca wrażenie robiła, że zaprasza do przyłączenia się...
Poza tym ten spacer, to była istna rewia psów ;) Noż piękne te potwory działają na mój nastrój lepiej niż melisa (której z resztą nie piję) ;) Były i harty, i kundle, i labradory, i pudle, i jamniki, i schitzu, i owczarki, i takie, których nazw nie znam iiiii mogłabym tak dalej - napatrzyłam się i zachywałam. I odczuwałam dotkliwy brak mojego Jovana... Ehhh, Czarny Ten Zdobywaca mojego serca pewnie teraz słodko śpi na swojej poduszce, a ja tu bez niego... Kurcze, psina, a tyle się uczuć i wspomnień, i planów z nim wiąże.
I jeszcze tuliłam się do pewnej brzozy, a Izu robiła za fotografa - nawet jej się jedno zdjęcie udało - stoję na nim tyłem i mam fajny rozstaw rąk :) w wersji - od przodu - nic nie wyszło, ale taka moja uroda nie fotogeniczna, nie ma co.

Czy ja Wam już opisałam, że zdolne 4 piętro Domu STudenckiego "H" pozbyło się drzwi w toaletach - chłopaki wystawili wszystkie, a 2 wyleciały przez okno na... dół... i wcale nie przez przypadek ;P Jakby ktoś pytał - jest sesja i nie można się nudzić, a zdane egzaminy należy suto okrasić dobrym trunkiem, lub gorszymi w zwiększonej ilości :)

Miałam poprzedniej nocy głupie sny. Takie jakieś. Mieszały mi się światy, osoby, uczucia. Dobrze było obudzić się i wiedzieć, co i jak. Za dużo zamieszania...
Sny to w ogóle dziwna sprawa - w moim przypadku albo dotyczą autoamputowania sobie kończyn dolnych, albo zawierania "bliskich" znajomości z osobami "z księżyca". Nie narzekam - przynajmniej coś się dzieje w tej mojej małej, rozgorączkowanej główce, a że głębszych sensów nie warto się w tym doszukiwać, to już zupełnie odrębne zagadnienie.

Odczuwam teraz wyraźną nieobecność bierząco nurtującego mnie problemu. Nie mam czym zająć myśli, i ta bezsenność chyba mnie męczy. Jakiś taki rozmyty ten mój wewnętrzny obraz. Aneszka śpi, wykończona całonocnym maratonem. A ja? Ehhh

Chciałabym teraz w starej drewnianej chacie bujać się w wiklinowym fotelu. Pić gorące kakao i słuchać opowieści o przeszłości. Tymczasem przyszłość nie zarysowuje choćby możliwości tegoż.

Tęskno do moich górek, pagórków. Lipnica znów mistycznie zakorzeniła się we mnie...

Wyszukane w sieci :)

I tęskno do rodziny, tej dalszej, a przecież bliskiej, z którą nie ma jak się spotkać na razie...

Brak komentarzy: