czwartek, 19 maja 2011

pod wieczór

Ociężale upojna woń akacjowego kwiecia wdziera się do 418 o tej porze tak intensywnie, jakby podłoga usłana nią była pod niebem podwieczornym.

Pokój opustoszał. Znów mam weekend dla siebie, weekend pisania. Znów świat zwalnia na moment, kiedy mogę położyć się na łóżku nie rozmyślając o innych.
Jestem sama ze swoim światkiem niewielkim, który przechowuję, niczym najcenniejszą relikwię.

Przypominam sobie zdania, których nie mogłam wypowiedzieć, bo czas i miejsce nie sprzyjały. Przypominam sobie twarze osób, bez których cała ja nie miałabym sensu.
I ostatnie chwile razem sobie przypominam.

Mogłabym recytować te ciepłe rozmowy. I wypisać wszystkie zimne słowa, które zatrzymywaliśmy w locie.
Jesteśmy dobrzy. My wszyscy.
(A każdy grzeszek, każde na pokuszenie wyliczam z namaszczeniem, zatrzymując się w sekundach które trwać mogłyby i przez wieczność).

Świat rozpada się ukradkami. Odłamane rożki wielokątu bycia.
Gorzki posmak czekolady i wino cierpkie, gdy jaskółki, nisko tocząc koła, zapowiadały deszcz i burze (jak teraz).
Odnajduję sensy w bezsensownym rozglądaniu się dookoła.

Koniec studiów kończy coś ważniejszego.
Nowy etap na razie ukrywa się pod znakami zapytania.
Nie wierzę w nic, o czym marzyłam. Nie uda się zwiać. Nie uda się zmienić miejsca.
Nie mam takich możliwości.
(Utrzymywana prowizorycznym haczykiem - zaczepiłam się o coś i wiszę w powietrzu).

Chcenie zamieni się w przymus.
O chceniu pomyśleć będzie można, gdy znajdzie się miejsce na start, bo do stracenia nic nie mam.

Skóra pachnie słońcem. Maleńkie piegi roztańczyły się po ramionach, przeskakując zgrabnie z nosa i policzków. Włosy opadają z beztroską, nieświadome siwiejących refleksów. Chmury za oknem przysiadają na dachówkach. Naprzeciwko kamienica ustrojona żelastwem i wielkie czekanie, odwieczne pragnienie dziania się czegoś niepojętego.

Jaka jestem?
Dzisiaj - bardzo maleńka...

I tylko jaskółek czarne korale na niebie przesuwają się spiesznie.

Brak komentarzy: