czwartek, 24 września 2009

Na dobranoc lub dzień dobry...

Siedzę na pustym korytarzu, wreszcie skończyła się impreza wielonarodowościowa i mogę w spokoju słuchać Wilków wyjących znów do księżyca, gwiazd i mnie... W pokoju znów rządzi sen, a ja niczym ostatni buntownik opieram się mu bez najmniejszego wysiłku. Przyczyny tegoż doszukuję się w tym, że porzucając pracę fizyczną, poświęcając się czytaniu: Dziurdziów, Beldonków, Pierwszych miłości, Wujaszków Wani i innych Kościotrupów - nie pozwalam organizmowi się zmęczyć i wystarcza mu ledwie maleńka dawka snu kamiennego, takiego od 4 nad ranem do 7...
(Tyle, że z pokoju się eksmituję nie do końca dobrowolnie...).

Ostatnio sporo się dzieje. Akademik znów nabiera życia i wraz z tym mnóstwo problemów: On ma przydział na koniec świata, czyli na ulicę Nieszawską ( ostatnie zadu*** - wg opinii mieszkańców), Aga przydziału nie ma wcale, takoż i Przem, i Ewa... Szczęśliwi, co na roku wyższym i papiery złożyli w czerwcu czy maju (czytajcie - JAAAA)... No, ale przynajmniej Izka wraca :) Liczymy, że od 15 cała nasza rodzina znów będzie w komplecie... Kto wie? Skoro pani w dziale bytowym studenta powiedziała, że miejsca są, ale dla Erasmusów z jakichś obcych landów... No bo zawsze zabawniej jest przyjąć studentów i nie dać im lokum - zdecyduje się, pod którym mostem jest najcieplej i jaki typ kartonów biedne żaczki preferują we własnej biedzie i bezdomnym porzuceniu przez UAM :)

Pojutrze egzamin z literatury. Jestem dumna trochę, bo listę lektur dodatkowych mam przeczytaną własnoocznie i dość ciekawą. Gorzej jest z literaturą obowiązkową... ;/;/;/

Tyle spraw przyziemnych. Pora na ciekawsze...

"Bandyta" - film, który zostawia ślad gdzieś w duszy. "Bandyta" - film, który obnaża dusze, te dobre i złe, biedę i bogactwo. Film, który oglądałam już któryś tam raz - wrażenie wciąż niezmienne. Obraz poruszający i ślady łez po scenie końcowej na policzku...
Kiedyś ktoś zapytał jaką postać filmową mogłabym uznać za podobną mi - odpowiedź brzmi: Iorgu (Jorgu). Iorgu to mały chłopczyk... Właściwie nie wiem jak dobierać słowa, by o nim opowiedzieć... Ale jest w nim coś, co mnie porusza, co każe w niego wierzyć, coś kruchego i nieuchwytnego. I ta dziecięca naiwność, smutek, szczerość... Smutny, okrutny los i jego maleńka roześmiana twarz lub buzia wydęta w rybkę, bo źle, smutno, samotnie, bez Eleny. Filigranowe wszystko w nim... Delikatne... Niepojęcie wzruszające... Oszustwo podtrzymujące życie jego siostrze nie oddziałuje na mnie tak, jak Jorgu idący torami...
Film jest mieszanką marzeń, iluzji, brutalności i beznadziei...
Ale - pewnie znacie? jeśli nie, obejrzyjcie koniecznie. Czyli da się wyczytać, że jestem zachwycona?
No tak, a po filmie zaraz dzwoniłam do brata po to, by mu powiedzieć, jakim fajnym jest dzieciakiem, i jak bardzo ważnym w moim życiu... Mały Konradek :)

Poza tym? Czekam na to, by wejść do mojego ulubionego parku, zanurzyć dłonie i twarz w liściach złotych... Konary drzew są teraz tak pięknie wyeksponowane. Widać je całe, gdy przebijają przez tą jasność liści, spadających... Kasztany, żołędzie, jarzębina... Dzieci buszujące wśród tego bogactwa, dorośli lekko zamyśleni i młodzi niezmartwieni nadejściem jesieni. Jakoś tak sielsko... Tak, jak lubię. A wygląda na to, że złota polska jesień zagości na dłużej... I będę się nią rozkoszować do woli :) Czekam też na deszcz, który spłucze to, co nagromadziło się od zeszłej jesieni gdzieś na dnie mnie, tam, gdzie nikt nie zajrzy, a gdzie i ja wolę nie zaglądać zbyt często. Czekam na to oczyszczenie, które przychodzi raz do roku, które coś zaczyna i coś kończy, by zrównoważyć dobre ze złym, nudne z nietuzinkowym, piękne z ohydnym... Mój świat wewnętrzny lubuje się w jesieni za jej piękno, smutek, melancholię i deszcz spłukujący zbrukane przeżycia, emocje. I to, że to takie naturalne, niewymuszone, przychodzące samo z siebie... Strugi lejące na mnie. Strugi za oknem. Parasole, Kalosze. Malowniczo. Trochę strasznie... Trochę ciemno. Trochę zimno. A przecież dobrze i miło, ciepło rozchodzące się od kominka, wino... Jesień, jesień. Moja jesień.

Skontaktowałam się dzisiaj z fenomenalnym profesorem od opieki paliatywnej. Znów buzuje mi w mózgu plan, żeby pobyć w hospicjum... żeby się wtopić i pomóc na tyle, na ile można pomóc... Od dawna taka myśl mi towarzyszy, od dawna kiełkuje w mojej głowie. Tyle, że nie wiem, jak pogodzę czas między dwa kierunki studiów, pracę, dom, Jego i hospicjum - muszę mieć już plan i dobrze rozczłonkować czas, by nie uronić ani sekundy.
Chcę by ten rok nabrał tempa - skoro wszystko ma już swój sens...

Tęsknię za Dziadkiem... Chyba tam odszukam Go w innych ludziach... Jego starość i niedołężność były takie trudne... Tylko ostatnie 3 doby spędził w szpitalu, a dom ciągle wypełniony był Jego zapachem... Zmarł w szpitalu. Sam. Nie było przy Nim nikogo, bo lekarze mówili, że jest lepiej, że mamy wrócić na noc do domu... Tak... O 5 już Go nie było... A we mnie chyba nadal jest pretensja do wszystkich i do nikogo, że Dziadek był sam...

W hospicjum... Chciałabym być przy tych, którzy poczują się samotni... Żeby nie musieli być sami. I mój strach przed śmiercią chciałabym... utemperować... Bo przecież życie jest do końca... I trzeba to życie pokochać, docenić, dostrzec, a nie unikać go ze strachu. I w pełni staję za słowami, akcją, ludźmi :

Wyszperane w sieci :)

Tyle na dzisiaj. I nie myślcie, że zakończenie posta jest smutne...
No może trochę...
Ale taki smutek daje mi wytchnienie i właściwie niesie w sobie nadzieję na piękne i dobre, a może dobre i piękne, które jest gdzieś i wszędzie...
A nadzieja to radość nieśmiała i spokój pogodny.
Widzicie?
Bo ja tak...

Brak komentarzy: