Wstaje co dzień wcześnie ranek,
cicho, lecz radośnie,
by napełnić czasu dzbanek,
by szeptać ku sośnie.
Klasyczne rano. Dochodzi 10 i pierwsza kawa zdążyła powędrować dróżkami tajemnymi do organizmu. Błogo. Lekko. Leniwie. Krakowska kamienica za oknem mojego poznańskiego pokoju akademickiego wygląda przepięknie, słoneczne promiennie z całą ostrością napierają na stare ściany i dach, dzwonnica u Dominikanów rysuje się na tle nieba z całą wyrazistością szkicu - ostro pnąc się ku obłokom, zbyt leniwym, by stworzyć w ekranie mojego okna pokaz ruchomy - wszystko zamarło w bezruchu, tylko gra barw i światło- cień unoszą się w powietrzu wibrującym nicością i wszechbytem... Religia istnienia budzi podszepty: do pracy, wstań, no już Leniu jeden...
więc wstaję, nabożnie...
najpierw wizyta w salonie Plusa
później praca (ale nie więcej niż 5 godzin)
potem nauka
Psijaciel ci wróg? Psijaciel ci wróg? Psijaciel ci wróg? No jasne, że przyjaciel! Tak na dobry początek dnia. Może to nie mój Józek na zdjęciu, ale Józek i tak się cieszy, że rodzinę jego na bloga mojego wklejam. Hmmm, i bardzo mi to odpowiada.
Miłego dnia :)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz