sobota, 19 września 2009

Bezsenna noc...

Pokój wypełniła cisza i nocny mrok. Agnieszka śpi, lekko pojękując ze zmęczenia. On, znużony podróżą, też oddał się krainie snu. A ja? A ja nie mogę. Wierciłam się na łóżku z boku na bok, próbowałam zasnąć na poduszce i bez niej, z głową raz pod szafką, raz pod oknem, zwinięta, na boku, na brzuchu, na plecach, nawet na siedząco, z nogami na ścianie - i nic ;/;/;/ Jestem już tym zirytowana, bo wiem, że raz na jakiś czas taka noc mi się przydarza. Ubrałam się i wyszłam na korytarz, opatulona, zawinięta w kocyk, z dwiema poduchami i laptopem...

Stan mojej duszy? Na teraz? Szczęśliwa i radosna, zadowolona i spokojna, mimo, że wyrzucona (sama przez siebie) poza mury pokoju. Czuję się pewnie. On znów daje mi poczucie bezpieczeństwa, tego, że wszystko się ułoży, że nie mam się czego bać. Lubię taki stan. Przyjemne zawieszenie, że wszystko spłynie mlekiem i miodem, winem i ambrozją.

Właśnie rozmawiałam z Alim. Cieszę się, że zmuszam moje krzywe konstrukcje gramatyczne języka angielskiego do zaistnienia w ogóle. Mam problemy z tym językiem, zawsze miałam. Co tam, że słownictwo nie najuboższe, skoro zdania wychodzą pokraczne i jakieś takie wymuszone, ostatnimi siłami. Ali motywuje mnie do tego, by ćwiczyć, na nim. Właściwie nie motywuje, ale daje większą pewność i wprawę. A wiadomo - praktyka sprawi, że kiedyś wypowiem jakieś dłuższe zdanie w czasie przeszłym dobrze i poprawnie, świadomie wybierając czas i konstrukcję mu przynależną. Angielski rzecz podstawowa w tym świecie, a ja jakoś podstaw nie łapię... No nic - więcej Alego, a jakoś to pójdzie.

Dawno nie pisałam posta tematycznego, o czymś konkretnym i jest mi z tym źle. Bo wychodzi, że prowadzę ostatnimi czasy życie ubogie i jałowe. Coś w tym pewnie jest: sporo było pracy, domu i pracy i przy laptopie, kując do egzaminu. O literaturze pozytywistycznej pisać nie mam za bardzo ochoty, mimo skłonności do filozofii pozytywistycznej Comte'a, a młodopolska też nie budzi mojego entuzjazmu. Ehhh. Taka mielizna umysłowa.

Jednak. Ten post będzie miał motyw przewodni. Przeczytałam ostatnio na pewnym blogu apel o to, by zwracać uwagę na to jak wychowuje się dzieci. Wymagać to powinno zarówno poświęcania czasu i uwagi, odpowiedzialności, jak i wpajania dziecku, że jest zdolne, mądre, piękne, by lepiej radziło sobie w dorosłym życiu, nie wyrastało obrośnięte kompleksami i problemami emocjonalnymi. Tyle, że łatwo jest tak powiedzieć. A w praktyce wiadomo jak jest.
Czasem nie starczy cierpliwości, czasem jeden raz powie się do młodego człowieczka coś gorszego i rodzi się chryja ;/;/;/
Wydaje mi się, że nie można uniknąć błędów w wychowywaniu dzieci, dorosła osoba też się uczy, właśnie tego, kim to dziecko jest, poznaje je i stara się dopasować własną wiedzę o życiu, skonfrontować ją z osobowością dziecka i wierzy, że uda jej się wychować malucha na dobrego człowieka.
Oczywiście inaczej jest w rodzinach patologicznych, w których brak fundamentów do budowania czegoś, co nazwać można rodziną, lub choćby samotnym macierzyństwem/ tacierzyństwem. I w to wnikać nie chcę, bo mam zbyt radykalne poglądy i moje propozycje rozwiązania takiego problemu pogwałcałyby z pewnością prawo do wolności jednostki, włącznie z łamaniem praw człowieka.
Dostrzegam jednak większy problem w rodzinach, które teorytycznie powinny radzić sobie nieźle: zaplecze finansowe, ogólne dostosowanie postaw do obowiązujących itd. A jedna: matka jest chudsza od córki - rodzi się anoreksja, syn chce być taki jak ojciec - porównując się do niego dochodzi do wniosku, że jest zerem - dalszy ciąg: każdy może tu coś wstawić wedle uznania: próba samobójcz,. samobójstwo, ucieczki z domu, narkotyki, częste awantury lub totalne odizolowanie się.
Oczywiście nie wlepię tutaj żadnej recepty, jak to zmienić, bo jej nie znam. Warto jednak czasem o tym pomyśleć, zwłaszcza przed pojawieniem się dziecka, by zrozumieć, co temuż dziecku chce się dać, i czego od niego wymagać, a przecież i tak, gdy maluch przychodzi na świat wszystko wygląda inaczej, świat odwraca się do góry nogami.


Wyszperane w sieci :)

Przemek tego nie wie, ale ten post pisany był z myślą o nim i Kalince. Dedykowany obojgu. Młody tata przebierał Małą ostatnio, był z nią na spacerze i postanowił, że zostanie najlepszym ojcem świata. A ja mam nadzieję, że znajdzie z czasem umiar we wszystkim, i że Mała będzie miała świetnego tatę, który umiejętnie zgani i umiejętnie pochwali :)

Dobrej nocy :) I miłego początku dnia, tym, którzy wstaną z łóżek za ledwie 3, 4 godziny!

Brak komentarzy: