bo najgorzej jest wtedy, gdy ja sobie coś w wyobraźni swojej wysnuję... :
już słyszałam jak drzwi do mojego pokoiku otwierają się cicho, bez pukania. już czułam ten pocałunek złożony na moich ustach, a może na czole. i oczyma ducha widziałam Jego sylwetkę, moment, gdy się nade mną pochyla... jeszcze zgrzany, pewnie mokry cały, bo Go deszcz w drodze z dworca złapał... i jest taki... taki mój... a ja jestem spokojna i bezpieczna przy Nim, szczęśliwa i radosna. i On lekko mnie tuli, albo od razu się ze mną droczy. potem robię nam kawę, albo On robi, jemy coś na kształt śniadania. bez pośpiechu, tak koło 13.
***
Chris Rea dobija się do moich uszu, prawie gwałtem.
w sumie już doszłam do siebie.
właściwie, to niczyja wina.
ostatnie zajęcia dały mi popalić do tego stopnia, że znieczulica włączyła się sama zupełnie, bez cytrynówki, której tym sposobem nie ruszę... za nic w świecie. 8 prac do napisania do przyszłego tygodnia i pierwsze egzaminy za pasem. naprawdę, chce się, chce się... nic nie robić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz