wtorek, 17 sierpnia 2010

nocka

Pierwsza dość traumatyczna nocka w pracy za mną. Lało przez pół nocy (gwara pracownicza określiła taki stan mianem: "aniołom puściły zwieracze"). Nic nie można było zrobić. Książki czekały na rozwózkę, ale warunków ku temu nie było. A gdy się już niebo rozpogodziło - sen zaczął morzyć nas z siłą niesłychaną (ta, a moim jedynym marzeniem było łóżko, podusia i kołderka, w połączeniu takie wygodne i cieplutkie...). Szło nam fatalnie, przyznać trzeba.
Do tego jeden z młodzianów, na zbiorczym niezbędny, wywołał awanturę, która podniosła adrenalinę wszystkim i dużo godzin musiało upłynąć, by wyciszyć nerwy zszarpane...
Ehhh...

A miałam mieć jeszcze tydzień urlopu... Zachciało mi się dobrowolnego szybszego powrotu do tyrania... Pracoholizm? ;)

Przede mną szybki prysznic i bieg przez płotki do szpitala...
W ogóle z tą operacją wuja to cyrk na kółkach jest, bo jeszcze się okaże, że on jej wcale nie potrzebuje, że jego zastawka funkcjonuje prawidłowo... Podobno pomylili wyniki badań wuja i generalnie to inny Pacjent ma tego typu problemy. Dzisiaj będą robili od nowa wszyściuteńko, żeby sprawdzić, o co chodzi, bo przecież tego typu operacje to nie zwykłe fiku-miku. Jedno wielkie wariatkowo.
Taka ciekawostka.

I jeszcze muszę się jakoś wyspać, nim do roboty znów pójdę.

A w głowie tłucze mi się taka muzyka mrucząca, kojąca, w słodkim lenistwie zatopiona... Jak kot, przeciągająca się w hedonistycznej celebracji samej siebie :)

2 komentarze:

Kama pisze...

Oj ty zakręceńcu :D, wszystko tak fajnie, na wariackich papierach, a ja siedzę tu jak kłoda, bez żadnego zajęcia. Chyba muszę sobie coś znaleźć, bo makabros... :D

Malutka... pisze...

Kama - do boju, pod- boju świata!!! A może spacerek z aparatem po pobliskim terenie zielonym? ;)