Tęskniliście?
Ja, chyba pierwszy raz, nie.
Pierwszy raz ominęłam poziom totalnego wyrzucenia z siebie wszystkiego tutaj.
Zaczynam wierzyć, że kiedyś nauczę się tak mówić, jak wypisywać.
I patrzy niestrudzenie trwać będzie razem ze mną jeszcze długi czas.
Ale Malutka kiedyś będzie musiała dorosnąć.
Dlaczego nie teraz?
Dlaczego nie zacząć życia przeżywać, zamiast nieustannie o nim myśleć, zamiast zamykać wiatr i deszcz, i słońce w koślawych słowach, upiornie niedoskonałych próbach odzwierciedleń?
Dlaczego jeszcze z tym czekać?
Nie chcę już czekać.
Zaczynam planować. Konkretyzować.
Bo tak.
Wróciłam z Zaświatów.
A z Zaświatami to jest tak, że najpierw się umiera, potem, no właśnie, co potem?
Uznajmy, żem wskrzeszona niczym Łazarz prawdziwie, choć symbolicznie, oczywiście (bo póki co - serce bije jak trzeba i reszta maszynerii nie szwankuje we mnie bardziej niż zwykle).
Działo się przez ostatnie dni mnóstwo niesamowitych rzeczy. I jakimś cudem udało mi się wszystkim im podołać. Wywiązałam się z tego i owego, a w zamian dostałam ten moment potrzebny do mrugnięcia okiem na wytchnienie, na oderwanie się myślami.
Chyba nabrałam wiatru w żagle...
A teraz, choć łza kręci się w oku, że znów, że już, że za szybko - wiem, że w życiu bywają momenty idealne pod każdym względem, gdy oczy mogą lśnić morską zielenią oczekiwania, szarością pewności siebie i takim niedookreślonym czymś na dnie spojrzenia, ni to czułym, ni nieśmiałym, prowadzącym mimo wszystko do przekonania, że najmniejszy, najkrótszy nawet epizod ma swój ukryty sens i cel bycia.
Chciałabym, żeby zawsze tak wiało mi w żagle, jak przez moment potrzebny do mrugnięcia okiem... Było ciężko, było wątpliwie. I nagle stało się: "to, co dobre". "To, co dobre" pulsuje mi teraz w skroniach.
"To, co dobre" zawsze budowane jest na fundamencie wyjątkowych ludzi, których spotykamy na swojej drodze. Takich, jak poznana dzisiaj Maja i jej maleńki synek, Olek, dzięki którym miałam kolejne powody do uśmiechu...
Tacy ludzie są wszędzie...
Wystarczy się tylko uważnie rozejrzeć, prawda?
I warto było czekać, bo na "to, co dobre" zawsze należy czekać.
Cześ
Ps. I kojarzy mi się to z takim lizakiem dużym, a kolorowym, który sentymentalną wartość mając - pożarty nie będzie nigdy - a jego widok ciepłem porusza struny uczuciowo bardzo do świata usposobione...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz