środa, 27 października 2010

o pewnej Jamnikowej Damie

Kobieta była prawdziwa. Pies był prawdziwy. I autobus linii 71 też.

Spotkałam wczoraj Jamnikową Damę.
Próżno było szukać na jej dłoniach obrączki i pierścionków. Staropanieństwo w zaawansowanym stadium, pomyślałam sobie, nieco przesadnie i kąśliwie, w rozdrażnieniu ogólnym, że środa idzie i trza się będzie na uczelni użerać.
Krótkie, czarne jak smoła włosy kontrastowały z czerwienią sportowej kurtki Jamnikowej Damy. Na kolanach postawiła torbę, z której, w nieco groteskowy, nienaturalny sposób wystawał łepek szczeniaka, na moje kynologiczne oko około trzymiesięcznego.
Wokół nas absurdalne stroje i makijaże przenikały się z cieniami pod oczyma i ziewającymi twarzami pozostałych pasażerów. Kierowca nieco sennie wchodził w kolejny zakręt, aż przegubowe cielsko autobusu przetaczało się z jednego końca na drugi łagodnymi łukami. Kolejne przystanki. Kolejni ludzie.
Jamnikowa Dama z czułością drapała grzbiet pupila, gładziła go po wytatułowanym lewym uchu. A ja spoglądałam na nią z jakimś zmieszaniem. Nie znałam jej historii, nie wiedziałam o niej nic, a jednak było w niej coś przerażającego, coś przytłaczającego.
Powiedziała do mnie kilka zdań kulejących na charcią łapę, kaukazi nos i sierść gryfonika. Miłych, krótkich, bardzo celnych. I nie znalazłam w nich sensu, tylko jakieś przeczucie niespełnienia.
Później wysiadła wraz ze mną na ostatnim przystanku, ja poszłam prosto, ona skręciła w lewo i może jeszcze kiedyś spotkamy się na tym samym rozdrożu.
Wyszperane w sieci :)

Uczelniane boje za mną, całkiem przyzwoicie zresztą zwyciężone. Środa dała się okiełznać, ale Jamnikowej Damy nie spotkałam dzisiaj w autobusie tej samej linii 71...

Aha, w głowie mruczy mi się właśnie tym:


Brak komentarzy: