Poranek zupełnie nie w sosie. A wiadomo, że jak nie w sosie, to chodzi o seks, albo o kasę, albo jedno i drugie, w dowolnych kombinacjach...
A na poważnie - stan totalnego rozdrażnienia zrzucam na karb snu o ludobójstwie w Ugandzie, podczas którego musiałam uciekać szybciej niż Struś Pędziwiatr, z tym pogłosem: "myk, myk"... Towarzysze niedoli byli szybsi, więc świadomość, iż to właśnie ja opóźniam bieg, połączona z odgłosami strzałów, krzyków i płaczu przewiercającego mnie na wskroś, robiła dodatkowe kuku. Wokół walały się ciała, zaschła krew barwiła ziemię na rdzawy brąz, a smród, który unosił się dokoła był nie do zniesienia.
I nie mogłam się wybudzić.
Tak, zdecydowanie idzie Święto Zmarłych... U mnie zawsze poprzedzają je sny o trupach w sceneriach najrozmaitszych... Wrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr!
Pomyśleć, że wczoraj na dobry sen obejrzałam sobie niewinną bajeczkę: Biała i Strzała, co to w niej Ruskie psy i szczury wysyłały do kosmosu, a szczenię pary "kosmonautów" darowano prezydentowi USA (ranyż Juliusza teksty o radzieckim wzorze sylwetki, wyczynach budowlanych, planach wieloletnich były super)...
Tyle na teraz.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz