Maj.
Słoneczny.
Kolorowy.
Ni-hu-hu.
Poznański maj deszczem stoi, kropi, leży, siąpi.
Zalało nam ze 20 (słownie: dwadzieścia) metrów chodnika przed akademikiem, że nie da rady suchą stopą pokonać odcinka w wersji: go out czy go back. Dzisiaj chyba ze trzy razy zmieniałam skarpetki i buty, aż w końcu ostały się tylko jezuski, a na to za wcześnie jakby(?)...
Załatwiłam jednak kilka spraw niecierpiących zwłoki:
* lekarz rodzinny powiedział, co z moją nóżką: przede mną jakoweś masaże, bo mięśnie mi szwankują nieco i chwała Panom, że tylko to ;)
* mam wreszcie dobry modem do neta: do tej pory używałam Aneszki, a ona miała mój - od dziś wreszcie na własnym, he he, a wszystko za jedyne 100 groszy ;P
* doczytałam tę książkę, która odłogiem leżała od czasu długiego
* i jeszcze na pranie zapisałam się jako pierwsza, kolejeczkę otwierając skromną swoją osóbką, zajmując terminy upragnione: jutrzejszy i niedzielny wieczór.
Poza tym - uganiałam się w deszczu, zupełnie przemoknięta, mogąc każdą kałużę poznać w sposób najlepszy - w rozprysku "dokumentnym" (:D). Postanowiłam, że czas poznać uroki błotka i polazłam środkiem parku, pośród wszech rozrzuconego kwiecia kasztanowców, dumnie kwitnieniem maturzystów wspierających.
Opustoszały od ludków park wyglądał niesamowicie: rosłe w zieleni kasztany rysowały swoje sylwetki wysoko, wysoko, kwiecie zasypało ścieżyny i trawniki, tylko huśtawki lekko kołysał wiatr - widok jak z bajki... Taki, który dech zapiera i daje power na cały boży dzień (fakt, że było już dość późne popołudnie niczego nie zmienia).
Uwielbiam zapach deszczu i ziemi, która chłonie wilgoć - a te, w połączeniu z zapachem kasztanowym przyrządziły mieszankę, że najlepszym jej określeniem będzie : aromatyczna wirtuozeria. Aromaterapia, że mucha nie siada. Dawno temu, gdy miałam zbolałą duszę, podziałałoby kojąco. Na radośnie usposobioną Malutką podziałało bardziej motywująco lub też dowodowo: że jest się z czego i do czego szczerzyć wesoło.
Izz dokształca mnie w kwestii umuzycznienia klasycznego: Ravel i Mozart, no i Bizet. Opery to jednak nie mój żywioł, przykro. Sama muzyka - jest cudna, ale śpiew...
Na wykładzie z dramatu wytrzymałam godzinę i 7 minut. Po tekście: "Absurdalnym jest postrzeganie absurdystów absurdu poprzez absurd w rozumieniu szerokim, nie zaś absurd w rozumieniu wąskim, bo tutaj absurdystyczne spojrzenie przechyla się na szalę absurdystów absurdu lat 60, nie zaś preabsurdystów lat 20." - spasowałam.
Cytat jest wierny. Zanotowałam skrzętnie, pragnąc zrozumieć o co pani doktor chodziło, z myślą, że może w domu, może w moim 418, może jakimś cudem... Jednak cudu nie będzie. Bladam, gdy to czytam po raz wtóry.
Dzwoniła mamusia. W domu mam się stawić w weekend. Bez szemrania i protestowania. No i git, gitara i kaloszki.
Z wieści maminych wiem, że mamy nowego, maleńkiego cielaczka ;) Się wie - już sobie załatwiłam karmienia małej podczas pobytu w domu.
Już widzę te chudziutkie, chwiejące się nóżki. Ten pyszczek czarny i język drapiący...I oczy - wielkie, miłe, przyjazne, z takim czymś, czego określić nie umiem, z czymś, co mój zachwyt budzi. Hmmm, taki smyk to najsłodszy maluch, jaki pod słońcem się zjawia... :) :) :)
Poza tym: stwierdzam, że muszę zwiać choć na kilka dni z Poznania. Pomyśleć i się zastanowić nad tym kwestiami życia i życia.
Coraz częściej słyszę pytania: co dalej, co po studiach? I nie wiem, sama nie wiem.
Jak się wybierało kierunek studiów hobbystycznie (rodziciele chytrze/ przezornie planowali mi przyszłość na nauczycielskim wikcie - a ja psikus - specjalizacja wybitnie niepedagogiczna), to się ma potem taki młyn we łbie, jak ja teraz.
Bo niby możliwości jest od cholery, od wydawnictw począwszy, na zwykłych firmach wypośrodkowując, a na kasie w Biedronce czy innym Realu skończywszy, ale jednak... wybrać coś trzeba. Nawet nie tyle wybrać, co się gdzieś dostać...
(Obawiam się, że w przyszłym roku moje I patrzy niestrudzenie przemieni się w I szuka pracy nieustannie... I dużo będzie stresów, frustracji i zwątpień).
Aha, dowiedziałam się, że mam nową ksywkę, z wizyty w laboratorium u Izz. Doktor, znaczy się opiekun Izz magisterki, był obecny przy moim krzątaniu się między odczynnikami a sprzętem szklanym itd. I sobie wymyślił: "Pasterówkę", bo docelowo miałam jedną pasterówkę dostać, ale coś nie wyszło, pewnie z roztargnienia, bo Izz za posterem się musiała uganiać, do tego zapomniała zmienić format tegoż i był burdel na kółkach, że tak to zgrabnie ujmę ;) Tak czy siak - pasterówki nie mam, więc czeka mnie kolejna wyprawa do Collegium Chemicum ;) ;) ;) I fajnie, bo tam dużo ciekawych i wybuchowych zabawek. I może w końcu jakieś doświadczenie pozwolą mi zrobić, a nie tylko chloroform wdychać? ;)
Jakoś tak mi poszarpało posta... Hmmm... Bo tyle myśli jednocześnie się kłębi we mnie, że sama już nie nadążam z ich rejestrowaniem.
Malutka ;) ;P :D
Dodatkowo: mam w głowie mnóstwo konspiracyjnych pomysłów, co z tą stolicą i z Krakowem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz