Może to dziwne, ale moje przywiązanie do akademika nadal rośnie. Nie umiem określić skąd to poczucie, że pokój w DSie jest domem? Ale tak już mam.
Pierwsza wizyta w szpitalu "p" była ciężka. Wczoraj.
Pominąć powinnam fakt totalnego niedostosowania wnętrza do potrzeb chorych: ostre kanty, sznurki od rolet, niezabezpieczone grzejniki i gniazdka, a co najfajniejsze nad łóżkiem Jej tablica korkowa z pineskami. Hmmm - gdyby tylko chcieć to da się tego wszystkiego użyć dla zrobienia sobie krzywdy.
Powinnam jednak wspomnieć o czymś innym. Młodziutka zupełnie Ona, logicznie myśląca dziewczynka, leży na korytarzu, a dokoła Niej kobiety zdecydowanie powyżej 60 z wyraźnymi choróbskami, co to rzeczywistość zniekształcają, przerabiają, wytwarzają nową. ALE:
Przyznam, że myślałam, iż będzie gorzej... Spodziewałam się biegunów: katatonia - psychoza. Na szczęście choć obraz ogólny przytłaczający jak cholera - dało się normalnie pogadać z Nią, jakoś oderwać myśli od szpitalnego korytarza, na którym stoi Jej łóżko. Misiek z gatkami w serducha ma za zadanie dodać Jej otuchy - jutro pewnie zacznie się jakieś konkretne leczenie.
Ona na szczęście nie jest załamana. Przerasta Ją ta sytuacja, ale sobie radzi. Nie przywitała nas płaczem lub ciszą. Po prostu powiedziała co i jak. Do tego pożartowaliśmy, zrobiliśmy jakieś plany. Zjedliśmy pudełko truskawek i ciacha. Dwie godziny minęły jak z bata strzelił. Trudno było wyjechać, zostawić Ją tam, w tych warunkach, pośród szarości wszechpochłaniającej, ale tak trzeba.
Potem ciężkie rozmowy dwie z Jej rodzicami, (z każdym osobno, bo byli w dwóch różnych miejscach i nie mieli, jak się ze sobą skontaktować) żeby wiedzieli, co się dzieje z Nią. Że jest w szpitalu.
W życiu nie czułam takiej odpowiedzialności. W życiu nie było mi tak przykro, że mam złe nowiny. I znów myśl: nowiny mogłyby być dużo gorsze - cieszmy się, że tak to się na razie potoczyło. Potem - ma być JUŻ TYLKO LEPIEJ.
W domu było lepiej niż przypuszczałam. Dla taty jestem lekiem na całe zło. Nie usłyszałam nic złego, żadnych żali i pretensji. Tylko: "dobrze, że jesteś" ;) Kochany tata.
Z mamą jest gorzej. Ma coś na kształt klepek na oczach. Zupełnie nie dostrzega mojej pomocy, widzi jedynie to, że siedzę sobie wygodnie na pupie w Poznaniu i mam wszystko gdzieś.
(Swoje życie - mieć można, gdy ma się tytuł i pracę - wcześniej jest się obiektem posiadanym przez rodzicieli).
Tylko, kiedy powiedziałam, że żeby Młody do domu wrócił, to po niego pojechałam jakoś nie miała kontrargumentu.
Czuję się z tym trochę, jakbym w licytacji uczestniczyła: kto jest bardziej dla kogo? A to przecież zupełnie bezsensu.
Teraz rozkoszuję się moim 418.
Jutro wraz z Piotrem i Izz znów jedziemy do Niej.
Tyle na dzisiaj. Więcej - gdy odpocznę od zmęczenia i tych problemów nagłych i komplikacji. Nie myślcie tylko, że znów mój nastrój na dnie - nic bardziej mylnego: szczęśliwa Malutka jest silna. Szczęśliwa Malutka się nie łamie. A skoro dożyłam dziś to muszę być piekielnie mocna w wojowaniu z życiem, czyli baaardzo szczęśliwa ;) ;) ;)
Podoba mi się nowa- stara Malutka. A Wam?
Spokojnego wieczoru.
Pa
2 komentarze:
No ba! Penwie że się podoba. Trza mieć jaja :) ale również dobre i mocne serducho :)
Pozdrawiam znad naleśników :)
Rockova: pozdrowienia przyjmuję znad sałaty z pomidorkiem ;) I odpozdrawiam równie ciepło i smacznie.
Mnie się też podoba - zwłaszcza, że radzi sobie Malutka całkiem, całkiem ;)
Prześlij komentarz