czwartek, 18 marca 2010

Kolorowo ;)

Tak a propos tematów miłosnych, których w literaturze bez liku i które prześladują mnie ostatnio z siłą gniotącą... Bo jak nie portrety zakochanych kobiet, to słynni kochankowie, a jak nie to, to wątki miłosne zakończone ślubami, no i o zgrozo literackie cudzołożenie i zdrady... He he: dla każdego coś miłego, pomyślałam więc, że ładnie podsumuję to jednym z ulubionych obrazów :) Drodzy Państwo: Henri Gervex - i dzieło, które działa na moją wyobraźnię - światłem... ;)

Wyszukane w sieci :)

Zauważam, że ostatnio w mojej głowie jest więcej miejsca na sztukę - chwała Kantorowi, bo inaczej pewnie nawet nie próbowałabym jej poznawać, a teraz jest mój czas wchodzenia w twórczość plastyczną. I choć oczywiście nadal preferuję rzeźbę, z niezrównanym Michałem Aniołem na czele, to i na malarstwo znajdzie się skromny, malutki pokoik w mojej głowie. Śmiałam się dzisiaj nawet do Niego, że w naszym domu ma zawisnąć któryś z obrazów najulubieńszego Kantora - i trzeba się wziąć na poważnie za zarabianie kokosów, palm czy innych kaktusów, bo jak się będziemy w płotki całe życie wcielać, to wielkiej sztuki na swoich czterech ścianach nie powiesimy... :P A mi się marzy...

Poza tym... Dobrego nastroju dzień 4! Ha ha! Niemożliwe a jednak - i się utrzyma jeszcze trochę, a co ;) Bo dobrze czuć się dobrze ze sobą. I fajnie patrzeć do koła bez słynnego grymasu "Paulinistej". Lepiej mi i innym :) I lepiej mi ze sobą.
Poza tym - robię sobie delikatną dietę, choć ciężko odstawić żywieniowe łakocie, które zawsze bliskie były memu sercu, ale że ostatnio moje ciało mnie nie zadowala, to trochę się na nim popastwię, tyle, że rozsądnie.

On jest ze mną :) Ja piszę na Jego lapku kolejną pracę, On czyta Heban Kapuścińskiego - git, gitara i kalosze :) Dobrze tak razem siedzieć i robić dwie różne rzeczy, ale mieć możliwość spojrzenia na siebie, jakąś przerwę na przytulnik całuśny :) Stan na dzisiaj: błoga pracowitość okraszona krótkim spacerem po Poznaniu. W planach mam jeszcze zrobienie kurczaka grillowanego - chwała za opiekacz/ toster Kasiom i Izom.

Wczoraj 418 nawiedził Przem i jego historie. Wywiązał się temat zaręczyn, który wyewoluował na zagadnienia: ślub i małżeństwo, a w końcowej fazie poruszano kwestie macierzyństwa i tacierzyństwa... Moi drodzy: Przem jest niewierzący, Michasiek wierzący, Aneszka ma podejście bardziej racjonalne, a ja wychodzę na walniętą romantyczkę (której ku chwale ojczyzny brak Romea, bo zamiast Romea mam Jego, a On w poglądach najbliżej ma o Aneszki). Hmmm. W szczegóły nie będę się wdawać, bo to bez sensu, ale fajna wyszła nam analiza współczesnego podchodzenia do TYCH SPRAW przez ludzi młodych (bo za takowych się uważamy, aczkolwiek wg. poglądów mojego psora- polonisty, to my już starzy wyjadacze jesteśmy, bo młodość kończy się w liceum :) 4 osoby a zupełnie różne podejścia, inne motywacje... I dobrze, ale chyba najważniejsze jest podejście do poglądów innych z szacunkiem, bez mówienia, że ktoś myśli źle i w ogóle jest tępy i ograniczony. Aha.
Konsekwencją wywodów o tej tematyce było bawienie się w wybieranie preferencji imionowych. Przem wybrał: Aarona i Wiktorię, Michu: Wiktora i Kasię, Aneszka tak pokątnie: Wiktora i coś jeszcze (ale mam sklerozę - bo jednak oponowała świętymi słowami: "jeszcze nie wiem"), a ja niezmiennie: Sambora i zmiennie Arnikę... Co o tym myślicie? Mody na nadawanie dzieciom imion są różne, ja zdecydowanie uciekam do starszych: Leopoldów, Cyprianów, Jonaszy i innych Staszków (co do dziewczęcych - właściwie żadne mi się nie podobają, ale to szczegół). Rażą mnie za to amerykańskie wejścia Allanów, Jessic i innych Kevinów. Ot i tyle w tym temacie.
I się przy okazji dowiedziałam, że moje imię faktycznie oznacza: "Mała", co ja sobie z jakąś intuicją przerobiłam na "Malutką" :)
Hi hi, a "paulus" znaczy "mały" i kiedyś było obelgą, że aż pięści szły w ruch, a zęby pozywających wypadały nagle i z hukiem bolesnym, czy jękiem raczej :)

A teraz On pyta, co sądzę o zabijaniu słoni, w kontekście cmentarzysk? Ehhh - niektórym ludziom powinno robić się dokładnie to samo, co oni robili zwierzętom, albo i więcej... W takich kwestiach nie jestem humanitarna...
I coś czego nie wiedziałam wcześniej - wg Kapuścińskiego - stary, wycieńczony słoń wchodził do zbiornika wodnego i w nim umierał, bo nie miał sił wydostać się z grząskiego, mulistego dna... I nie wiem, co o tym myśleć.

Wyszukane w sieci :)

Koniec wagarowania od uczelnianego pisania... Czas się wziąć do roboty, bo jutro tracę kompa, i w ogóle jutro przypada termin przesłania pracy... ;/;/;/

Miłego wieczoru!
Ja jeszcze pomęczę oczy przed ekranem...

I tak na koniec:

2 komentarze:

Kama pisze...

Kilka z moich koleżanek ma już swoje pociechy i żyją całkiem normalnie, a ja jakoś nie potrafię wyrobić w sobie potrzeby bycia matką. Myśl o macierzyństwie mnie przeraża - chyba jestem zbyt wielką egoistką... Jeśli miałabym jednak wybrać imiona to byłyby to: Aleksander (zamiennie z Jan) i Maja.

Malutka... pisze...

Mi się też nie spieszy do rodzicielstwa, bo chcę trochę świata zobaczyć beztrosko i bez hamulców żadnych, a dzieci to obowiązek, słodki, ale jednak... A imiona - pewnie jeszcze tysiąc razy zmienię preferencje ;) Pozdrawiam