Każdy czasem parzy sobie palce, dotykając słońca.
Sięga, gdzie nie dosięgnie.
Choć czarne i przypalone - dłonie do słońca przykłada.
Zaczynam żyć w sferze marzeń.
Rzeczywistość gniecie - za bardzo.
Wróciłam do Poznania po nieoczekiwanym wyjeździe do domu. Jovan przywrócił mi równowagę, ale zmagania z Iwaszkiewiczem wypompowały energię zupełnie.
Smutna pogoda, i przyroda, i szaro, i buro. Czuję powrót jesieni.
Czas na refleksje. Potrzebuje oderwać myśli od moich trzech potrzeb: kurczak z KFC, laptop na moich kolanach i ... święty spokój.
A przecież wszystko już było, wszystko to znam. Przekroczyłam własne granice. A było to tak:
Siedziałam w pociągu, w rozgrzanym wagonie, w bluzce z krótkim rękawem, z włosami zaczesanymi do tyłu, w kucyk. Zmęczona, znużona - pragnęłam się zdrzemnąć. Stacja: Mokrz - zamykam oczy. Stacja: Rokietnica - otwieram oczy. Przede mną starsza kobieta i jakaś nastolatka szczupła, śliczna, jak z wybiegu. Obie spoglądają na mnie z wielkim zainteresowaniem, a ja... no cóż, uciekam wzrokiem za okno, przymykam oczy, przecież nie lubię być w centrum uwagi. I wtedy padają półszeptem słowa święte, niepowtarzalne, jedyne: "I widzisz. Jak chcesz tak wyglądać, to jedz, co popadnie. Ty chociaż nie będziesz miała takiego brzydkiego znamienia i tej szramy, dziecko".
Matka i córka. Bestia i piękna. A ja... do wytykania palcami.
Tak. Nad lewym okiem mam znamię. Całkiem sporą myszkę, taki większy pieprzyk, żeby było bardziej obrazowo. Mój znak szczególny.
Tak. Na czole mam bliznę, całkiem dużą, jakieś 5 centymetrów. Efekt niekontrolowanej zabawy trzylatki z owczarkiem niemieckim - psa na szczęście uwolniłam spod zarzutów, bo krwią pomazałam jakieś żelastwo za stodołą, że niby spadłam.
Jestem u Niego. Dobrze mi tutaj. Bo nie ma nikogo poza nami. Wielka wartość, gdy gwar innych, ruch innych drażni i drażni bardziej. Czyżbym wyrastała już z życia w komunie, z życia akademikowego? Może.
Póki co, to na Sarmackiej czuję się najlepiej, najpewniej, najbezpieczniej.
Zimno mi. Ręce nieboszczki - ogrzewam nagrzanym kompem. W sumie nic mi nie jest. Oj, dużo już tych sum tutaj było.
Mam taki plan perfidny: wybyć na jakiś czas gdziekolwiek poza Poznań i Wieś Rodzinną, poza zasięg tych, którzy mnie znają. Czekam tylko na odpowiedni moment; a potem, z 8 dolarami jak Hłasko, pojadę w cholerę.
Coś musi się we mnie przebudzić po zimie, może nawet odrodzić. Bo inaczej pierwsze przebiśniegi, jakie dzisiaj zobaczyłam będą tylko przebiśniegami, niczym więcej. Bo inaczej nie znajdę sobie miejsca tu, gdzie moje miejsce. Bo inaczej stracę kontrolę nad własną irytacją. I okaże się, że zgryźliwą tetryczką jestem - choć chyba jestem?
A zapomniałabym, a nie powinnam - nasz Szarusek miał wypadek i wylądował u weterynarza. Nocą podążył za jakimś zwierzem, a w południe wrócił, ledwie żywy, wyjący z bólu - z rozerwanym frontem. Ale pan doktor zdziałał cuda, i choć pies obolały - czuje się nieźle, a szycie wygląda całkiem... uroczo.
Dobrej nocy.
Ps. Wybaczcie smęcenie. W sumie to pewnie z niewyspania. Generalnie - jest znośnie i tego trzymać się trzeba! A poza tym: JESTEM U NIEGO!!!! Jupiiiiii :)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz