poniedziałek, 1 marca 2010

żałosne zawodzenie...

Zły wieczór - jestem w środku pusta. Chłód dolatujący zza okna wywołuje gęsią skórkę na ramionach - nie otulę się kocem, chcę tego zimna, chcę chłodu... Lubię marznąć... Od zawsze, ale pewnie tak mają zimowe dzieciaki.

jak przekonać mnie o miłości - być ze mną... a nie uciekać...
pytając mnie o zdanie - uwzględnić je...
znając moją odpowiedź - nie pytać, by bolało bardziej...
przepraszam - chyba już nie działa jak kiedyś...


Dawno mnie tutaj nie było :/ Mam teraz spore deficyty czasu. Niby jest jakaś doza przyzwoita wolnego, ale ja potrzebuję snu i odpoczynku.

Głupie sny: ludzie, zwierzęta, huta, szklarnia, kilka pająków i wielka sosna, clown i góral - bez sensu, bez większy powiązań. Z tym zmagam się prawie codziennie, tuż przed przebudzeniem. Głowa potem boli i pęka.


dzisiaj, teraz, wyraźnie chciałabym do W. żeby mnie przytulił...
nie cierpię pustego pokoju, gdy mógłby być pełny.
ile razy można umierać w środku? ile czasu można czekać? ile razy można godzić się z własną porażką? jak długo można być odpychanym?

myślę sobie, że jestem sama. tak naprawdę jestem sama. gdy On coś mówi, coś złego - zmykam do ciszy we mnie tkwiącej, gdzie nikt nie ma wstępu.

przez ostatni tydzień mój nastrój, świetny i radosny, dawał nadzieję na więcej. a potem dwa epizody i trach! koniec.
poczułam się poniżona, upodlona...
teraz wszystko we mnie płacze. solidnym ciosem potraktowałam szafę, innymi ciosami drzwi. siła, tyle jej teraz we mnie. agresja, zrodzona ze złości, goryczy i porzucenia bez porzucenia.

dlaczego za każdym razem, gdy On wychodzi z pokoju MY traci na znaczeniu, przestaje istnieć w odniesieniu do Niego? ja jestem z Nim, jestem Jego. ale On - jest nieosiągalny pod tymi względami. zupełnie poza mną i naszą cierpką miłością.

to nie jest tak, że nie cieszę się wysokimi trampkami, które noszę od kilku dni, ani okularami niebieskimi.

chodzi o to, że ani wysokie trampki, ani okulary nie zmienią tego, iż dla jedynej osoby, dla której warto być - dla Niego - tak często jestem niczym...

2 komentarze:

cre(w)master pisze...

Może nie powinienem, ale co tam... Zawsze możesz usunąć komentarz.
Tak sobie myślę, że nie ma "jedynej" osoby dla której warto być...
Warto być - tak po prostu - dla niego, dla wszystkich innych, których być może nawet nie widać jeszcze na horyzontach (a przecież na pewno gdzieś tam są)... i dla siebie samej.
Wówczas sformułowanie "jestem niczym" zasadniczo zmienia wydźwięk i pozwala wartościować relacje po swojemu.
I nie bij mebli... :) Sińce na dłoniach słabo się komponują z niebieskimi okularami.
Trzym się.

Malutka... pisze...

Komentarza nie usunę :) Nie widzę powodu ku temu, wszak to moja mea culpa.
Nie nabiłam sobie sińców :) A drzwi i szafa całe, bez zarysowań :) Się ma ten talent i dar wyjątkowy.
A na poważnie - już ok. Wyciszyłam się znów trochę, wypisałam moje bolączki i przeszło. Często tak mam. Kiedy słowa pojawią się w formie uwiecznionej na blogu, czy też na kartkach papieru zwykłego - robi mi się lżej, tam, gdzie coś gniotło...
Kurcze... dopiero się uczę życia. Czasem mam wrażenie, że nic jeszcze o nim nie wiem, albo, że wiem tak strasznie mało...
Dlatego ta "nicość".
Ale za bardzo kocham żyć, by się poddać skończonemu pesymizmowi! I bliskich. A poza tym - po każdej burzy przychodzi słońce :)
Dzięki, że napisałeś, Crewmaster :)