Zdezerterowałam dzisiaj z roboty po 9 godzinach męki w słońcu i skwarze (mało mi resztek Czesia nie wypaliło ;) Mam teraz tak śmiesznie czerwono opalone ramiona i kark, bo resztę okrywała koszulka...
Po pracy oczywiście wybrałam się do szpitala. Zabrałam ze sobą Michaśka. Zajrzeliśmy przy okazji do kumpeli z akademika, która leży w sąsiedniej sali. Ale nie pobyliśmy długo, bo zmęczenie z pracy zrobiło z nami swoje...
Napisałam ostatnio, że podjęłam jakoś na czasie pewne decyzje. Czas się z nich wypisać publicznie :)
Po pierwsze "egoistycznie" wybrałam Michaśka na współlokatora, nie Izz.
Ja i Izz mamy zbyt silne charaktery, by przebywać ze sobą non stop. Pobiłybyśmy się prędzej czy później. Lepiej ni narażać naszej przyjaźni na tak ciężką próbę... Izz ma zupełnie inny sposób bycia - i taka odmienność w jednym pokoju oznacza wytłuczenie wszystkich talerzy... Już w robocie widać było zgrzyty, a gdyby to jeszcze przenieś do pokoju - "apłokalipsaaa" .
Może to dziwnie brzmi, ale mam rację, a w tym wypadku lepiej zapobiegać, niż leczyć.
Poza tym - zależy mi na wolnych weekendach, żeby móc cieszyć się sobą, a Izz dużo rzadziej jeździ do domu niż ja.
Przyzwyczaiłam się do tego, że pokój mam przynajmniej co drugi weekend dla siebie i zrobił się z tego swoisty rytuał, gdy drzwi za Aneszkiem zamykały się, a ja, siadając na parapecie, wymachując nóżkami na zewnątrz, gapiłam się na chmury, słuchałam takiej muzyki, na którą przyszła mi ochota itd. Nie chcę tego tracić.
Michasiek.
My już razem mieszkaliśmy, na III roku. Nie pozabijaliśmy się. Dogadywaliśmy się całkiem nieźle. Elastycznie układało się nam w 319... Owszem były zgrzyty, ale takie do wyprowadzenia - czyli dobrze rokujemy na okres zarówno wakacyjny, jak i późniejszy rok akademicki.
Podejrzewam, że znów dokoła zadziała plotkarska stacja radiowa TaśTaś, ale mnie to już nie interesuje. Przeżyłam jedno wieszanie psów na mnie za to, że mieszkam ze świetnym przyjacielem, a nie jakąś wredną "tipsoboginią", więc i teraz sobie poradzę z wszechobecnymi jęzorami:)))
Kolejna rzecz. Szalona... Szalona, jak nie wiem, co. Bijąca wszystkie moje zwariowane pomysły na głowę.
Postanowiłam w przyszłym roku zdawać maturę z dwóch przedmiotów ściśle ścisłych, oczywiście w wersji rozszerzonej, bo w mojej pokręconej łepetynie zapadła klamka, by pójść na studia, które kiedyś były marzeniem, potem uciekły w niebyt planów, a teraz - stały się celem i zrobię wszystko, by się na nie dostać.
Piszę o tym dzisiaj, bo jutro nabędę materiały do nauki... I już wkrótce zaczynam intensywne przygotowania :)
A jeśli się nie uda, to przynajmniej będę wiedziała, że próbowałam :)
Lepiej tak żałować, niż twierdzić: "powinnam była robić taki kierunek" i zupełnie bezpodstawnie uważać, że skończyłoby się go z wyróżnieniem i wieńcem laurowym na łbie, bo w fantazjach, to ja mam 7 centymetrów wzrostu więcej, sporo kilogramów mniej , długie rude kręcone włosy i oczy zielone, jak trawa, o!
No, to napisałam.
Teraz? Uczę się do jutrzejszego egzaminu, a właściwie zastanawiam się, o czym chcę na nim opowiadać: tolerancja, tradycja i herby lub historia kalendarzy, tak mi się wydaje... Jeśli uda mi się tak nakierować rozmowę z panią profesor, to tylko o dziejach Lubomirskich będę paplać, bo to nadal jeden z moich koników ;) Życzcie powodzenia...
Przerywnikiem w czytaniu jest bieganie po pranie, które udało się zapisać w poniedziałek po znajomości ;) Dziś 5 rundek, jutrzejszej nocy jeszcze ze 3 i będzie wszystko...
Moim wywodom towarzyszy niezmiennie płytka Raz Dwa Trzy... Przyjemna, lekka, łagodna, przepływa wręcz przeze mnie. I bardzo się cieszę, że posiadam na własność. Świetna to była inwestycja :)
Dobrej nocy
życzą:
Malutka i Kazimierz wcinający plasterek banana ;)
Ps. Kubuś już pojechał do domu na wakacje. I jakoś pusto się zrobiło od razu. I smutno. Mi. Wczoraj się żegnaliśmy. Buuu :( Czystki w akademiku, zostają desperaci, którym się marzą pieniążki na wakacje lub inne życiowe niezbędniki...
Ps.2. Ciekawe czy studniówka w moim przypadku wchodzi w rachubę raz jeszcze? ;)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz