niedziela, 20 czerwca 2010

Déjà vu albo raczej: déjà rêvé

Jako, że z francuskim nie mam nic wspólnego, poza podobno dobrym akcentem (lecz cóż to właściwie oznacza, rzekłby któryś z mędrców?) - musiałam pogrzebać trochę terminologiczne, by stwierdzić, że moje "déjà vu" to "déjà rêvé"...

Scenka rodzajowa nr 1.
Budzę się rano. Nie ma jeszcze 8. Rozglądam się po pustym pokoju. Kazik chyba już śpi, bo z klatki nie dochodzą żadne dźwięki. I jakoś mi tak dziwnie. Wstaję, wstawiam wodę na kawę, żeby dobudzić ciało i duszę. Nasypuję kawy do kubka. Spoglądam w międzyczasie do lustra czy zszedł już zupełnie chomik z mojej twarzy czy jeszcze nie? (Jeszcze nie, ale już się żegnamy ze sobą). Zaczynam ścielić łóżko.Wyjmuję notatki. I... wchodzi Izz ze skacowanym uśmiechem błogim. Normalne? Jasne, że tak. Tylko w głowie świdruje wrażeniem, które w snach ma podłoże, że zaraz poprosi o coś do chleba i połaskocze mnie włosami po szyi (wie, jak bardzo tego nie znoszę)... 3 sekundy później właśnie to ma miejsce... Jej włosy drażnią mi kark, a ona prosi o jakieś fanty z lodówki, które wczoraj u mnie zostawiła...
No i dobra. Lubimy taki stan, że niby coś było, choć z pewnością tego nie było, bo być nie mogło :) Zakręcone?

Czytajcie dalej...

Scenka rodzajowa nr 2.
W ramach przerwy od nauki robię sobie mix warzywny: sałata, pomidory, ogórek, rzodkiewka, koperek i szczypiorek. Stoję przy lodówce. Rozlega się migotliwe: puk puk -puk puk - puk puk. Po oczywistym: "proszę" do pokoju wchodzi uśmiechnięty od ucha do ucha Kubuś i pyta o kuchenkę zwaną maszynką, na której stały miseczki i patelnia. Udostępniam. Kuba wyjmuje wtyczkę z gniazdka, zdejmuje miseczki, bierze do ręki patelnię, a ja... robię unik z wytrzeszczem oczu totalnym i baranim śmiechem. Kuba przyłącza się koniec końców do mojego chichotu.
"Co jest?" - "Nic, śniło mi się, a przynajmniej mam takie wrażenie, że widziałam już jak zdejmujesz tę patelnię i...yyy" - "I co? I walę cię nią po głowie? Malutka, za dużo kawy od rana, za dużo, a mówiłem wczoraj, odpuść sobie kofeinę, mówiłem" - "No wiem, wiem. Ale takie fajne déjà vu... Każdemu się przytrafia".

I się okazało, że w kwalifikacjach typologicznych to było déjà rêvé, czyli coś "już śnione"... Bo wszystko sprowadza się do tego, że mi się to śniło wcześniej i nawet założyłabym się, że tak jest, tyle, iżżżż to niemożliwe.
Tak czy siak: lubię takie urozmaicenia codzienności w rzeczywistości :) Oby częściej.

Poza tym: opanowałam dzisiaj (i pewnie dlatego powyżej bredziłam dość konkretnie;) :
* istotę historii języka
* polszczyznę wśród innych języków
* genezę polszczyzny
* zewnętrzne uwarunkowania dziejów języka
* periodyzację dziejów języka polskiego
* pojęcie polskiego języka literackiego i jego pochodzenie

Na teraz: pass.
Jeszcze nad tym chwilę posiedzę, zostało mi chyba 8 zagadnień do naumienia i szykuję się dzielnie do egzaminu na przyszły tydzień.

Na wieczór plan wygląda tak: Brogans, mecz, jakiś soczek (bo piwa to nieee, jeszcze jedno zalega lodówkę po wczorajszym posiedzeniu przy Across the universe).

Aaaa, zapomniałabym. A takie foty wyszły mi dzisiaj:


A ci państwo właśnie się do mnie dobijali... Właściwie jeden z nich, reszta korzysta z naszej relacji bliższej :) Bo jakoś tak mam, już któryś raz z rzędu, że sobie gołębia dogruchałam, niby taką namiastkę posiadania zwierzaka w akademiku :) Pierwszy był Gieniek, ale to już stare dzieje, sprzed dwóch lat, potem były dwa inne, a teraz ten, który grzecznie uderza dziobem w szybę w ramach upomnienia, że podwieczorku jeszcze nie wysypałam... Obowiązki, obowiązki, obowiązki...

Miłego wieczoru :)

Brak komentarzy: