Scenka rodzajowa nr 1.
Budzę się rano. Nie ma jeszcze 8. Rozglądam się po pustym pokoju. Kazik chyba już śpi, bo z klatki nie dochodzą żadne dźwięki. I jakoś mi tak dziwnie. Wstaję, wstawiam wodę na kawę, żeby dobudzić ciało i duszę. Nasypuję kawy do kubka. Spoglądam w międzyczasie do lustra czy zszedł już zupełnie chomik z mojej twarzy czy jeszcze nie? (Jeszcze nie, ale już się żegnamy ze sobą). Zaczynam ścielić łóżko.Wyjmuję notatki. I... wchodzi Izz ze skacowanym uśmiechem błogim. Normalne? Jasne, że tak. Tylko w głowie świdruje wrażeniem, które w snach ma podłoże, że zaraz poprosi o coś do chleba i połaskocze mnie włosami po szyi (wie, jak bardzo tego nie znoszę)... 3 sekundy później właśnie to ma miejsce... Jej włosy drażnią mi kark, a ona prosi o jakieś fanty z lodówki, które wczoraj u mnie zostawiła...
No i dobra. Lubimy taki stan, że niby coś było, choć z pewnością tego nie było, bo być nie mogło :) Zakręcone?
Czytajcie dalej...
Scenka rodzajowa nr 2.
W ramach przerwy od nauki robię sobie mix warzywny: sałata, pomidory, ogórek, rzodkiewka, koperek i szczypiorek. Stoję przy lodówce. Rozlega się migotliwe: puk puk -puk puk - puk puk. Po oczywistym: "proszę" do pokoju wchodzi uśmiechnięty od ucha do ucha Kubuś i pyta o kuchenkę zwaną maszynką, na której stały miseczki i patelnia. Udostępniam. Kuba wyjmuje wtyczkę z gniazdka, zdejmuje miseczki, bierze do ręki patelnię, a ja... robię unik z wytrzeszczem oczu totalnym i baranim śmiechem. Kuba przyłącza się koniec końców do mojego chichotu.
"Co jest?" - "Nic, śniło mi się, a przynajmniej mam takie wrażenie, że widziałam już jak zdejmujesz tę patelnię i...yyy" - "I co? I walę cię nią po głowie? Malutka, za dużo kawy od rana, za dużo, a mówiłem wczoraj, odpuść sobie kofeinę, mówiłem" - "No wiem, wiem. Ale takie fajne déjà vu... Każdemu się przytrafia".
I się okazało, że w kwalifikacjach typologicznych to było déjà rêvé, czyli coś "już śnione"... Bo wszystko sprowadza się do tego, że mi się to śniło wcześniej i nawet założyłabym się, że tak jest, tyle, iżżżż to niemożliwe.
Tak czy siak: lubię takie urozmaicenia codzienności w rzeczywistości :) Oby częściej.
Poza tym: opanowałam dzisiaj (i pewnie dlatego powyżej bredziłam dość konkretnie;) :
* istotę historii języka
* polszczyznę wśród innych języków
* genezę polszczyzny
* zewnętrzne uwarunkowania dziejów języka
* periodyzację dziejów języka polskiego
* pojęcie polskiego języka literackiego i jego pochodzenie
Na teraz: pass.
Jeszcze nad tym chwilę posiedzę, zostało mi chyba 8 zagadnień do naumienia i szykuję się dzielnie do egzaminu na przyszły tydzień.
Na wieczór plan wygląda tak: Brogans, mecz, jakiś soczek (bo piwa to nieee, jeszcze jedno zalega lodówkę po wczorajszym posiedzeniu przy Across the universe).
Aaaa, zapomniałabym. A takie foty wyszły mi dzisiaj:
A ci państwo właśnie się do mnie dobijali... Właściwie jeden z nich, reszta korzysta z naszej relacji bliższej :) Bo jakoś tak mam, już któryś raz z rzędu, że sobie gołębia dogruchałam, niby taką namiastkę posiadania zwierzaka w akademiku :) Pierwszy był Gieniek, ale to już stare dzieje, sprzed dwóch lat, potem były dwa inne, a teraz ten, który grzecznie uderza dziobem w szybę w ramach upomnienia, że podwieczorku jeszcze nie wysypałam... Obowiązki, obowiązki, obowiązki...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz