niedziela, 27 czerwca 2010

Niedzielnie było ;)

Po tygodniu istnego zabiegania/zachodzenia/zalatania przyszła niedziela, Dzień Pański, wolny od pracy i obowiązków wszelakich :)
Obudziłam się więc zupełnie legalnie o 11, wybyłam pod prysznic i mogłam spokojnie rozpocząć funkcjonowanie własne kubkiem pachnącej cynamonem i imbirem kawy... Uroku całości nadawało figlarnie wpadające do pokoju złotym blaskiem słońce, które wymalowało na ścianach fikuśne esy floresy...
Oprawę muzyczną zapewniło Raz Dwa Trzy nabyte wczoraj pod impulsem konstruktywnym :)
Udany ranek, choć w porze południa, taki w stylu Malutkiej. Ciut kawiarniany, na pewno leniwy, właściwie wyczekiwany od dawna.

Zdecydowanie odgoniwszy sen - opuściłam 418 na kolejnych kilka godzin (mam wrażenie, że ostatnio tu nie mieszkam, a jedynie nocuje...).

Wizyta na Długiej stanowiła priorytet wyprawy wielkomiejskiej. Na dworze/polu upał, na ulicach jedna wielka golizna, więc ku pokrzepieniu zimnolubnego usposobienia mojego zainwestowałam w pudełko lodów, które pochłonęliśmy z wujkiem w przeciągu 5 minut.
W szpitalu na szczęście było chłodniej niż na zewnątrz ;) Wuj oczywiście przestraszony jutrzejszą koronarografią - zdradzał wszystkie swoje obawy, obietnice trzymania ścisłej diety i tego, co zrobi jak już go uwolnią z medycznego przybytku mądrości.
Moja funkcja ograniczała się do: słuchania, upominania, by o piciu wody nie zapominał, mówienia, że po wyjściu ze szpitala będzie miał dużo czasu na realizowanie własnych planów (a nie szykowanie miejscówki na cmentarzu!) i zjedzenia winogrona (co przypadło mi do gustu niesamowicie), które wuj dostał od cioci w ilości takiej, że nie przejadł. Przesiedziałam chyba ze trzy godziny na cholernie niewygodnym krzesełku, usłyszałam o zaległych plotkach z okolicy Gniazda Rodzinnego i paru innych ciekawostkach pobliskich. Udało mi się nawet obejrzeć pierwszą połowę meczu Niemcy - Anglia, ku chwale sąsiadów, jawohl ;))))

Drugą połowę spędziłam na chodniku, który prowadził mnie ze szpitala wprost na Kościuszki, do Ewy, na ostatnią gadaninę przed jej wyprowadzką z Poznania, która notabene dokonała się porankiem, gdy ja jeszcze spałam, tylko Ewa pozostała w mieszkaniu do jutra, jej rzeczy wywieźli rozradowani rodzice pani magister filologii rosyjsko- ukraińskiej. (Brzmi nieźle). U Ewki był już Przem, dołączyłam więc do zacnego grona kółeczka samopomocy psychoanalitycznej - bo u Ewy kryzys, Przem uczy się rozdzielać czas między swoje potrzeby i zachcianki a wieczne adorowanie Maryi Dziewicy, a ja - no wiadomo - Malutka ostatnimi czasy rozwija skrzydła, więc nie narzekałam :))))) I bardzo mi się to podoba, że nie narzekam, bo nie mam na co :))))))))))))))) Bonusem całego spotkania było bawienie się z tym oto kiciusiem, PanKubą, który z niesamowitą gracją i cierpliwością znosił moje obfotografowywanie go:


Z Kościuszki powędrowałam na Niepodległości 26, czyli do DSu mojego. Dom. Wreszcie... Takie łazęgowanie męczące jest. A dom - wiadomo - dom. Można klapnąć na łóżko, włączyć muzykę/ film, zaparzyć kawę, pochłonąć coś niedozwolonego (bo nikt nie widział ;).
Zrobiłam dzisiaj generalne porządki u Kazika w klatce. W tym czasie jego uwagę przykuwała Izz, tarmosząc go i mordując pieszczotami...
Wieczorem miał przyjść ByłyOn, ale znalazł sobie lepsze zajęcie, postanowiłam więc poczytać Esterhazyego i cieszyć umysł jakąś godną go strawą. Po mniej więcej 30 minutach słodkiej lektury pokój przeszył odgłos pukania.
Misiek. Wrócił z domu i wpadł na herbatę (właściwie nawet 3 herbaty :))).
Ustaliliśmy pewną rzecz, o której napiszę za dni kilka. Powspominaliśmy. I było fajnie. Udało się porozmawiać wreszcie sam-na-sam. Zasadne były moje refleksje nad przyjaźnią sprzed jakiegoś czasu...

I jeszcze tylko to: jestem osobą, która stawia ludzi na skrajnych biegunach, nie dając możliwości wypośrodkowania. Albo się mnie pokocha od razu, albo znienawidzi. I tak to się potem utrzymuje. Nie można być wobec mnie obojętnym. Myślę, że to dobrze - zostawiam w pamięci ślad, nacechowany w jedną czy drugą stronę, ale jednak ślad...
Ci, którzy mnie lubią - dali się uwieść spojrzeniu lub pisaniu, za którym kryje się taka specyficzna strefa buforowa.
Ci, którzy mnie nie cierpią - do strefy buforowej nie dotarli.

Uwaga na podstawie: "Ze zwierzeń przyjaciela, którego siostra nie znosi Autorki od pierwszego wejrzenia"...


Ps. Ewa stwierdziła, że piękne mam piegi i opaleniznę - a ja zamarłam: piegi są bleeee, a opalenizna to efekt uboczny, niestety nie do uniknięcia...
Ps. 2. Izz zachwyca się tym, że mi się schudło tu i tam...
Ps. 3. A ja tego nie widzę :D :D :D
Ps. 4. Rozmawiałam z Jej mamą. Ona już w szpitalu. I jestem zdezorientowana, bo nic nie wiem. Nie jestem rodziną, nie rozwiązałam problemów, nie odczarowałam złego zaklęcia. Ale i tak mnie to dotyczy/dotyka/interesuje...
Nie umiem się zachować, bo może Jej rodzina wie, co robi, a ja niepotrzebnie się wciskam. Passsss?

2 komentarze:

akemi pisze...

Bardzo mi się podoba określenie -eksa, jako ByłyOn. Nic dodać, nic ująć.:))

Malutka... pisze...

Skoro przez czas "bycia razem" na blogu istniał jako On - to nie zacznę nagle pisać o Nim po imieniu... Nadal jest Nim, ale Byłym, ByłymNim :D :D :D
Czy w tym tkwi jakakolwiek logika? ;)
Pozdrawiam :)))))