Trochę mnie łupie w głowie od pozbywania się dolnej szóstki nieszczęsnej, która mimo bycia tylko jednym ząbkiem wymagała przedstawienia 90 minutowego, dentystki, dentysty i chirurga szczękowego, bo się tak we mnie korzenie zakorzeniły, że mimo rozłupania, wydobywania pojedynczego każdego z nich - opierały się dzielnie i długooo, nie ulegając moim wewnętrznym prośbom, groźbom i błaganiom. Efekt: dentystka zwichnęła rękę, dentyście tylko zdrętwiała, a chirurg bawił się ze mną 30 sekund i po pieruńsko upiornym bólu moim - poprosił o numer telefonu ;)
Polecam...
Fakt, że przeżyłam wizytę - jest największym moim prywatnym/ jednostkowym/ własnym/ indywidualnym pozytywem miesiąca, dotyczącym jedynie mnie samej, bo wiadomo, że coś ważniejszego miało miejsce, ale w oderwaniu od, a propos tylko Malutkiej - SUKCES ;)
Diabeł tkwi w szczegółach...
Rankiem wczesnym przyjechała Ona z Jej mamą. Nie byłam gotowa do odwiedzin, ale jakoś to było.
Ona wygląda nieźle. W papierach ma wpisane: niestabilna. Do tego załatwiła skierowanie do kliniki. Czyli same dobre wieści, że będzie leczenia ciąg dalszy. Znów się to kręci. Oby skuteczniej niż wcześniej.
Trzymajcie kciuki, się przyda.
A teraz: czas na relaks. Miałam się kimnąć, ale nie umiem tak na zawołanie zamknąć ślipków i gadać słodko z Morfeuszem... Dlatego spozierałam lekko na Gregorego Housa w akcji :D Z uwielbieniem wręcz... Nie łatwo wpadam w nałogi tego typu, ale każdy odcinek pożeram i pochłaniam... No cóż...
W kwestii żywienia: sok marchew-banan-jabłko i jogurty pitne w sztukach dwóch.
ByłyOn w ramach przysługi ogarnął pokój, potem przytulił, żeby mniej bolało, całkiem skutecznie.
Izz towarzyszyła epizodycznie przebojom stomatologicznym i późniejszym.
Kazik biega w zawrotnym tempie w kołowrotku. Dobrze mi z nim. Jakoś tak nie mam poczucia osamotnienia w tym wszystkim. Zwłaszcza kiedy Kaź wdrapuje się na ramię, potem przebiega przez plecy, aż wreszcie ląduje na łóżku. Chomik nie do zdarcia :) W dodatku znalazłam wreszcie sposób na to, żeby wykorzystywał tunele.
Za oknem leje. Nie żałuję, że jestem uziemiona i na Ethno Port Poznań mnie nie ma. Tylko bym przemarzła i zmokła. A tak: suchutko, cieplutko, z głośników sączy się głos Louisa Armstronga... Czego chcieć więcej od takiego wieczoru???
(Może szarlotki na gorąco z lodami i bitą śmietaną? ;)
Plan na jutro: zakupy Izz i wyprawa na forty, z aparatem rzecz jasna, w składzie: Izz, ByłyOn i Malutka.
Zmykam spać
Spokojnej nocy, tak Wam, jak i sobie życzę

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz