sobota, 16 stycznia 2010

zapada zmrok...

Opustoszały pokój jest jak symfonia: gra dosłownie wszystko - lodówka, kołowrotek chomika, kran, laptop, szum zza okna... A ja słucham, w ciszy, skupiona, tak jakby noc zawierała ze mną pakt o szemraniu do ucha... Świece, choć kupione wczoraj, już prawie dogasają w swojej czerwonej formie. Gdybym miała wino - pewnie upiłabym teraz kilka łyków, dla rozluźnienia.

Spięta chyba jestem.

On powędrował szlakiem dobrze mu znanym do swojego królestwa w celach edukacyjnych i porządkowych.

Aneszka powędrowała na randkę, a przynajmniej coś w tym guście. Jakaś kawiarnia, spacer, czy cokolwiek przyszło im na myśl. Mam nadzieję, że dobrze się bawi, bo nie ma jej od 4 godzin... A wiadomo, że z nudziarzem tyle czasu się nie spędza, prawda?



Korzystam więc z mojej umiłowanej samotności. Zmyłam naczynia. Powycierałam lodówkę. Wymęczyłam Kazia totalnie. Włączyłam film. Przeczytałam rozdział psychopatologii. Czekam.

Między szeptem a głosem ściszonym taka subtelna granica pobrzmiewa... Echo opada na stół. Noc wdziera się zza szyby do wnętrza tej mojej świątyni. Ciepłe światło świecy igra blaskiem z bielą ścian i lekkim wdzierającym się z zewnątrz wiaterkiem. Zima zagościła na dobre. Wszystko tak, jak kiedyś, tak jak lubię... Dawno nie rozmawiałam ze samą sobą. Bardzo dawno. Nie chciałam. Bałam się.
To, co trzeba sobie powiedzieć wymaga ode mnie dużej dozy szczerości i odwagi. Bo ze mną nie jest dobrze. Bo pozwoliłam by mój obraz, wyobrażenia najgorsze - stały się rzeczywistością. Bo walczę uparcie z tym, że ktoś może spojrzeć na mnie jak na młodą, zagubioną osóbkę z problemami, które mnie przerastają. Wolę, by świat postrzegał mnie jak złośliwą, kąśliwą jędzę.
Czasem taka jestem.
Ostatnio. Częściej.

Nie wiem, jak to zmienić. Jak wyciągnąć dłoń do ludzi, którzy mnie otaczają. Nie wiem, jak się uśmiechać. Jak przełamać niechęć i lęk.

Może to przez te dni. Przez sny z W. ... Przez strzępki wspomnień, dawnych marzeń i niespełnioną koncepcję istnienia w małym światku 2 ideałów, które choć nieidealne nie potrzebowały świata spoza nich - wszystko było w nas. A teraz - tak wiele jest poza mną...
On kocha tę dodatkową przestrzeń, zatapia się w niej i jest jej częścią, dokładnie tak, jak ja nie umiem.



Tyle chyba na dziś. Posiedzę jeszcze sama ze sobą. Postaram się dostrzec w sobie kogoś dobrego i wartościowego, by czas zagoił stare rany, a przynajmniej dał mi szansę na spokój...

Brak komentarzy: