wtorek, 12 stycznia 2010

"pierwszy" taki post

Tak. Moja własna niespodziewajka. Piszę od Niego, okryta Jego kołderką, z plecami opartymi o Jego poduszki, w Jego raju/ domu/ pokoju. Tego nie przewidziałam, nie miałam śmiałości.
Bo do tej pory - mój blog = mój komputer = mój dom lub akademik. A tu TAKI psikus ;)

Właściwie nie wiem, od czego powinnam zacząć, tyle się przez kilka dni nazbierało. Weekend w domu. Urodziny w międzyczasie. Akademik. A teraz Sarmacka. Może ład chronologiczny ochroni tę pisaninę od kompletnego wariactwa chaosu?

Czwartkowy wieczór pół na pół. Po sycącym obiedzie mieliśmy siły we trójkę pójść na miasto. Pierwsza knajpka - jakoś uszła, choć muzyka w stylu:"walę, walę, wrrrrrrrnaksojdihbas" nie przypadła nam do gustu. Po piwie Aneszki i Jego, a moim soku pomarańczowym (bleee) zmieniliśmy miejsce na starą, zakurzoną nieco Minogę, by wrócić do korzeni poznańskiego "melanżu" (słowo, którego nie znoszę!). I tam, czerpiąc z uroków nietuzinkowo ułożonej powierzchni i przestrzeni Aneszka i On snuli o tym, co by w układzie zmienili, jak by go zaaranżowali, by było po ichniemu acz z klimatem i stylem. Lekko wyłączona z rozmowy roiłam sobie w głowie, że na jednej za ścian zawisłyby fotografie mostów w czerni i bieli, a inną jeszcze przyozdobiłabym rzuconym grubo i trochę niedbale czerwonym, ciężkim materiałem; gdzie indziej stałyby parawan drewniany, orientalny ze zdobieniami bogatymi; jeszcze miejsce dla gramofonu, sekretarzyka i klatki dla ptaków (pustej oczywiście)... Wizja była piękna, i nie tak ulotna jak mi się zdawało. Gdy rozmowa zeszła na tory natury hmmm, erotycznej - zupełnie się wyłączyłam, acz gdy trzeba było - interweniowałam... (Nie lubię, gdy On opowiada o swoich starych dziejach, beze mnie, zwłaszcza, gdy tak intymne tematy poruszane są w rozmowie z kimś innym, której się przysłuchuję lub w której uczestniczę).
Noc spędziłam u Niego. Noc - padłam na łóżko, zaraz po wejściu do pokoju i tyle, bo nie mam sił na wyprawy przez pół miasta o 1 czy 2 w nocy.

Wyszperane w sieci :)

A noc była wyjątkowa o tyle, że z powiedzmy na w pół szurniętej 21 z wielkimi zachwianiami fantazji i rzeczywistości - przeistoczyłam się niedobrowolnie w 22 marzącą o kolejnych urodzinach. Nic to kolejny rok na karku. Nic to zmarszczki, wypatrywanie siwych włosów na skroniach, nic nawet kilogramy nadprogramowe. Ale rok oznaczony dwiema dwójkami to już kataklizm, tragedia grecka, dramat jak Szekspira i w ogóle kicha totalna.
Dawno, dawno temu wspominałam coś o mojej prywatnej szaleńczej numerologii. Że kocham cyfrę 5 i że w sumie preferuję to, co nieparzyste. A 2 nie cierpię od zawsze. (Może dlatego para, znaczy się związek dwojga ludzi to tak trudna sfera?) Bo złe, bo pecha ze sobą niosą. Irracjonalnie, zupełnie subiektywnie, może to szarlataneria?
Rano wszystko w pośpiechu: śniadanie, powrót do akademika, pakowanie i jazda do domu...

A potem dużo śniegu, moje psiny kochane, powrót do Poznania, ewakuacja z centrum handlowego, zakupy bez zakupów i wszystko inne...

Ale o tym to napiszę jutro. Dobranoc wszystkim ;)

Brak komentarzy: