poniedziałek, 8 sierpnia 2011

kalendarz

na grząskim gruncie nie można budować...
(niektórym trudno obrosnąć w życie)


Pomiędzy jednym a drugim prysznicem z chmur w twarz śmieje nam się słońce. W zielonej trawie przemarsze mrówek. Na stawie żabi gwar. I jeszcze bociany drepczące powolnie na podmokłej łące. Wszystko ma jakiś kształt i formę, rozłożone według schematów odpowiednich dla zaistniałych okoliczności przyrody.
A w mojej głowie leci film - pożółkła pocztówka z przeszłych lat. Niewielki przegląd wyborów, które rozbudziły we mnie głód, co to go nie potrafię zaspokoić.

Jeśli mi się uda wdepnąć w dorosłość, to już z niej nie wyjdę.
Tymczasem nie chcę nawet zanurzyć palca u nogi w tej zimnej sadzawce codzienności.
Nadal nie chcę.
Przystanek na wielokropku.
I brak pomysłów, co dalej...

Tym, czego chcę, jest powrót do pracy, bo za dużo myślę, zbyt mętnie. To jest jedno z tych przetasowań, w którym każda karta wydaje się być nieodpowiednią - czyżby? - okaże się już lada moment.


Kalendarz w tym roku szczupleje bez opamiętania...

2 komentarze:

Anonimowy pisze...

I komary!!!! Wyjatkowo rozochocone ta pogoda!
Faktycznie dni mijaja jak szalone, czerwiec, lipiec, sierpien koniec lata. Podobno jak sie za duzo mysli, to trudniej jest. Ale ja jakos inaczej nie potrafie.

Malutka... pisze...

Porcelanowa, a to się da inaczej? Toż ja muszę wszystko porozkładać, a potem posklejać w tej mojej łepetynie, a w trakcie... wielki wewnętrzny chaos, bo nie ogarniam.

Pogoda nielitościwa. I kleszcze dodałabym do komarzyc pieruńskich!

;)