na grząskim gruncie nie można budować...
(niektórym trudno obrosnąć w życie)
Pomiędzy jednym a drugim prysznicem z chmur w twarz śmieje nam się słońce. W zielonej trawie przemarsze mrówek. Na stawie żabi gwar. I jeszcze bociany drepczące powolnie na podmokłej łące. Wszystko ma jakiś kształt i formę, rozłożone według schematów odpowiednich dla zaistniałych okoliczności przyrody.
A w mojej głowie leci film - pożółkła pocztówka z przeszłych lat. Niewielki przegląd wyborów, które rozbudziły we mnie głód, co to go nie potrafię zaspokoić.
Jeśli mi się uda wdepnąć w dorosłość, to już z niej nie wyjdę.
Tymczasem nie chcę nawet zanurzyć palca u nogi w tej zimnej sadzawce codzienności.
Nadal nie chcę.
Przystanek na wielokropku.
I brak pomysłów, co dalej...
Tym, czego chcę, jest powrót do pracy, bo za dużo myślę, zbyt mętnie. To jest jedno z tych przetasowań, w którym każda karta wydaje się być nieodpowiednią - czyżby? - okaże się już lada moment.
Kalendarz w tym roku szczupleje bez opamiętania...
2 komentarze:
I komary!!!! Wyjatkowo rozochocone ta pogoda!
Faktycznie dni mijaja jak szalone, czerwiec, lipiec, sierpien koniec lata. Podobno jak sie za duzo mysli, to trudniej jest. Ale ja jakos inaczej nie potrafie.
Porcelanowa, a to się da inaczej? Toż ja muszę wszystko porozkładać, a potem posklejać w tej mojej łepetynie, a w trakcie... wielki wewnętrzny chaos, bo nie ogarniam.
Pogoda nielitościwa. I kleszcze dodałabym do komarzyc pieruńskich!
;)
Prześlij komentarz