adekwatnie zielone oczy na wiosnę robią się niebieskie...
dziewczyna w lustrze znów wygląda inaczej
Zaległe piosenki brzmią echem po korytarzu...
Jedna szczególnie, ta od szczęścia i miłości.
Dziwne. Zawsze w mężczyznach pociąga mnie to, że nie opowiadają nieustannie o uczuciach. Prościej. Mądrzej. Bez niepotrzebnego roztrwaniania wszystkiego słowami.
Kobiety komplikują temat. Za bardzo. Walcząc o centymetry troski i zainteresowania, stają się Don Kichotami od wiatraków, za którymi, w przyczajeniu, urojeni wrogowie.
Ostatnio znów mam nastroje małomówne. Potrzebuję cichości słów. Tego, by krążyły we mnie, nie poza mną.
Pisane... brzmią przystępnie.
Konwersacje kuleją, nie kleją się zdania, a przecież... tyle u Was dobrego.
Nie umiem odpowiadać. Proszę mi wybaczyć. I nie przymuszać do mówienia: pomilczmy razem. Pomilczmy na dłuższy czas.
Lub: Wy mówcie - ja będę słuchać.
Nim powrócę do rozmawiania.
Bo to jest moja wzajemność...
To wcale nie znaczy, że jest mi źle. Że ktoś się musi martwić.
Zwykła potrzeba milczenia, podyktowana szeptem między chwilami.
Gdzieś wewnątrz mnie zamieszkiwać zaczyna pewna pustka. Przy wyłączonym świetle, przy oknie, za którym resztki jasnego nieba chowają się w noc, przysiadam na skraju wspomnień, bez których nic nie byłoby takim, jakim powinno.
Potrzebuję ciszy, żeby zrozumieć szczęście, które odeszło. Żeby ucieszyć się, że w ogóle było. Spróbować uśmiechnąć się mgnieniem oka do obrazów sprzed kilku lat, sprzed paru miesięcy.
A potem... chyba pozwolę wreszcie odejść wszystkiemu w swoje cztery strony świata, przeganiając samą siebie w biegu, którego nie mam zamiaru ukończyć.
Zawsze będę stała na końcu pomostu. Niegotowa do skoku. Zbyt uparta, by wrócić tam, skąd przyszłam.
Muszę jednak kiedyś stanąć na nim samotnie. Nie trzymać się brzytwy czyichś dłoni i ust.
Własne życie?
Nadal nie wiem, co to znaczy, krzywdząc dni tą samą nijakością. Pobudka. Dobranoc. Poniedziałek. Czwartek. Niedziela.
Potrzebuję ciszy.
I pisania.
I nocy, w której łóżko przestanie szeleścić nadmiarem cieni.
Powtarzam lekcje z kochania. I mielę ozorem, że było, odeszło.
Szarawy wieczór zeskakuje z dachów, okręca się wokół latarń, ociera włosami o kilka dziur w chodniku. Pustoszeje za oknem. Nawet gołębi cienie nie przemykają po mojej ścianie tajemniczym lotem.
Bez słów, na głos, w nie-czekaniu jestem.
Z jedną piosenką, której nie mogę tu wrzucić. Byłaby wtedy nieprawdziwa.
Dla pustki. Dla przy okazji.
Miejsca, których nie znałam...

2 komentarze:
Moje Ty biedne, a ja Cię zamęczam telefonami i smsami...dam ci spokoju ciut ;)
Ciut spokoju nikomu jeszcze nie zaszkodziło :)
Prześlij komentarz