i gdzieś tam na uboczu świata
znaleźć dla siebie kąt
który zapłacze i przywita wesoło
kąt nieważny
osłoniony
żeby zaglądał tam tylko deszcz
i wiatr z kościstymi policzkami
Kolejny dzień przy otwartym oknie, ale wprost nie mogę się oprzeć temu przyjemnemu orzeźwieniu, które tak nienamacalnie wpływa do pokoju ożywiając wszystko, co tu jest jeszcze do ożywienia... Szwadron spraw ważnych i nic nieznaczących oddelegowuje się do kiedyś tam.
W tej chwili liczy się już tylko ten aromat zasłużonego cappuccino.
Tak sobie myślę, że skoro przez tydzień potrafiłam od deski do deski rozczytać 17 książek, to jest dla mnie nadzieja. I dla tego zaliczenia, co to miało być dzisiaj, a okazuje się do jutra przynależeć przyciężko.
Swoją drogą moje czytanie może mieć wymiar ledwie hobbystyczny, bo doktor prowadzi z bidnym żaczkiem inteligentną rozmowę o pupie Maryni, co to spódnicę w kratę przyodziała. Podobno nie zadał jeszcze ani jednego pytania na temat.
Jego ulubione: "A co pan/pani planuje robić po studiach?" i jeszcze: "Który przedmiot podobał się panu/pani najbardziej, hmmm?"
:)))
Tyle tylko, że nie bardzo umiem iść na ścięcie głowy z totalnym tumiwisizmem i jak trzeba wyrobić normę 30 lektur to wyrabiam zazwyczaj 23.
Po przebojach podłogowych, co to pozostały nietknięte żadną ręką - przychodzi czas na remedium. Przede mną 5 pięknych, słonecznych, czystych dni. Poprzestawiam graty, żeby mi się lepiej mieszkało. Umyję nieszczęsną powierzchnię płaską i... wszystkie inne powierzchnie też: chropowate i prążkowane, bardziej i mnie ukośne, spadziste i zaokrąglone.
Dżull jedzie o 17.
(Z tego całego wyjazdu nawet szarość za oknem wygląda ładnie, przemykając między dymem z kominów i skrzydłami czarnymi).
Powoli usypiam zwątpienie. Kiedy zaśnie znów złagodnieje moje zamykanie się w pokoju. I kiedy wreszcie będę miała te buty do biegania. (O kostki będę się martwić po fakcie).
Wczoraj rozsypywałam się na drobny mak. Dziś, trochę nieśmiało, bardzo niezgrabnie zaklejam szczeliny w dzbanie codzienności.
Codzienność da się przetrwać.
Ludzi też.
Ente odwiedziny, naleśniki w ramach dożywania studentów- i muszę coś mówić, jakoś brnąć w dialogach, których w normalnych warunkach nigdy bym nie podjęła. Kilka uwag z ust faceta po przejściach, pare pouczeń nie wiem po co od Czarnej. Aż dziw, że nikogo jeszcze stąd nie wyrzuciłam. I co oni właściwie tu robią?
Bo fajna jesteś, nawet jak ci się nie chce buzi otwierać... Brzmi mi to tanią szmirą i kiczem, tym strasznym, uczłowieczającym, który zmusza do bycia jedną z wron. Ta, na pewno mam ochotę zdzierać głos z innymi.
Dość udawania. Rozmowności.
To całe niepoukładanie i wieczne niedopasowanie.
Być sobą znaczy być cicho, na uboczu. Reszta zostaje do wypisania.
I tak jest dobrze.
Bez zbędnych szmerów tam, gdzie nie trzeba. Bez presji. Bez masek.
Generalnie fajnie mi dzisiaj, z Czesławem Ś. na cały regulator (wiem, wiem Desperate, że nudzę z nim i nudzę), ale warto, choćby dla Pożegnania Małego Wojownika.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz