środa, 9 lutego 2011

dzień jak dzień

Obudziła dzień cichą niewymową. Przygarnęła do siebie butelczynę wody. Narzuciła ciężki szlafrok z froty. I mogła iść.


To nie o mnie :)
U mnie poranek przyjemny. Pachnący sąsiedzką kawą. Ja zaś - płatki i sok marchewkowy. No i poranna gimnastyka. Odtygodniowo mierzę się z odzyskiwaniem własnych mięśni, przypominaniem sobie gdzie też się one znajdują... Liczę na jakieś efekty.
Poza tym - próbuję jakoś przygotować ciało do biegania, które powinnam zacząć od przyszłego tygodnia. Taki mam plan do kwietnia. Potem będą zmiany.

Koło 11. zdążyłam pełnić funkcję centrum zarządzania kryzysowego, bo... panowie w strefie zapomnianej, chłopczyk stoi z zepsutym autem gdzieś tam 40 km dalej, a Ustka bardzo, bardzo daleko...
Panów w strefie zapomnianej nikt nie złapie, bo przecież po co mieć przy sobie komórkę?
No to Romulus.
Romulus w innym mieście. Wróci wcześniej. Pojedzie, wymieni felerny samochód na inny i poczeka na wsparcie, żeby z gratem zadziało się coś sensownego.
Czasem się cieszę, że Gniazdo Rodzinne uposażone jest w aut kilka, bo jakby co, bierze się inne.
Aż dziw, że to tylko ja niechlubnie prawem jazdy pochwalić się nie mogę.
Ciśnienie skoczyło wyżej.
Bo chłopczyk musi być na czas. Odebrać wiertnię. I robić swoje.
A ja mam mu to z Poznania zapewnić. Ok.

Dla relaksu czytam Zamek z piasku, który runął. Wreszcie.
I gdyby nie fakt, że Larsson ma taką drażniącą właściwość ożywiania martwych, byłoby prawie idealnie ;)
Ale ponoć cuda są możliwe - byleby Szwed całego zapasu na raz nie wykorzystał...


I tylko znów przejrzeć się w czyichś oczach...
Kto wie, może jutro?

4 komentarze:

złośliwa zołza pisze...

Przyznam się, że mało rozumiem z wątku zagubienia...

Malutka... pisze...

Przyznam się, że nie o rozumienie chodziło ;)
Olo nie miał jak się na wiertnie dostać, bo mu fura padła... A w domu nikoguśko... To trza było poza domem szukać.

GRATULUJĘ EGZAMINU NA 5 :))))))

soy :) pisze...

Aaaa, teraz już kumam cza czę ;)
DZIEKUJĘ :))))))))))))

Malutka... pisze...

;)