Pustka mieszka sobie w mojej głowie, a dziewczęce żarty na 4 babskie głowy takie dziś niewybredne, damsko-męskie: od południa, do teraz.
Odśrodkowo gra mi Johnny Cash, po wczorajszym Kubusiowym zarażeniu. Kolejna posiadówka skończyła się po czwartej.
Paradoks: nie umiem rozmawiać, zawsze i wciąż, a wokół mnie tylu ludzi. I zmuszam się, i walę tą moją durną głową w ścianę, żeby się porozumieć.
O ile prostsze jest pisanie :) :) :)
Porannie pogawędziłam sobie troszku, po zamojsku ;), z Soy, pisząc oczywiście. I ta część posta będzie niejako odpowiedzią na Soy pytanie-sugestię: że minęłam się z powołaniem i miast jakimś weterynarzem świetnym być - dręczę filologów, żeby i ze mnie filologa sklecili (co jak widać, nie idzie im zbyt pomyślnie).
Otóż:
Dawno, dawno temu pewna mała dziewczynka zasypiała w swoim łóżeczku tuląc niezdarnie zielonego misia koala. Obok łóżeczka leżał Czarny Jak Smoła Pies, którego cielsko unosiło się zawsze wtedy, gdy dziewczynka odkrywała się lub wierciła na poduszce. Zaglądał wtedy z nastroszonymi uszyma przez szczebelki i swoim psim spojrzeniem obserwował dziewczynkę, jakby sprawdzał czy wszystko z nią w porządku, gdy ona w smacznym rozespaniu zaciskała małe piąstki. Czarny Jak Smoła Pies był pierwszym i jedynym chodzikiem dla dziewczynki: zahaczała rączki w jego sierści i dreptała potykając się, przewracając, co on wynagradzał jej czułym lizaniem mokrym, chropowatym chłodem. Przywołując go - uczyła się mówić. Tarmosząc jego uszy czy ogon odkrywała, że Czarny Jak Smoła Pies lubił drapanie pod brodą, ale nie znosił ciągnięcia go za łapę. Niezwykle cierpliwy, unosił ją na grzbiecie i w ten sposób zwiedzała dom, ogród.
Czarny Jak Smoła Pies był Najlepszym Przyjacielem dziewczynki do czasu, gdy skończyła 5 lat, wtedy odszedł, czego dziewczynka nie umiała zrozumieć...
Po Czarnym Jak Smoła Psie pojawił się "tak bardzo" Jovan, lecz i wcześniej wokół kręciły się psy, koty; zakradałam się do stajni, żeby głaskać źrebaki; pamiętam mój zachwyt, gdy odkryłam, iż łaciate mają najdłuższe rzęsy świata :) Dwa łabędzie, które u nas zimowały przylatywały później jeszcze przez kilka lat, potłuczone sarny wracały do lasu. W ogrodzie królowały jeże. W klatkach dokazywały króliki.
W czym mieli być ciekawsi ludzie? Dla małej dziewczynki - w niczym, nie było na to siły. Miłość mojego Rodziciela kochanego do domowej fauny tylko gruntowała moje postrzeganie świata zwierzęcego, jako tego wyjątkowego, tajemniczego, rządzącego się swoimi prawami, wartego podglądania, wkradania się nawet .
Mała dziewczynka dorosła. Ale to, co najważniejsze zostało ;)
Co do bycia weterynarzem nie miałam wątpliwości, że to zły pomysł: za bardzo przywiązuję się do zwierząt...
W Poznaniu namiastką zwierzyńca był gołąb Eugeniusz, który przyfruwał do 235 i umilał mi życie gruchaniem swoim. Powakacyjnie zmieniłam pokój i Gienek już mnie nie znalazł.
Teraz rządzi Kazik. Chomik, potwór inny od wszystkich, z którymi miałam do czynienia do tej pory. Trudno było go do siebie przywiązać, ale okazało się, że też może tęsknić, że lubi bardziej lub mniej.
Soy - zdjęcie Kazia, zgodnie z wolą i życzeniem:
Plus mój dodatek mały, bo jeszcze go tutaj nie było - Szach:
Czas kończyć pisanie, bo Jolka panikuje jeszcze przed początkiem farbowania (Aneszek robi ze farbistkę) na wściekły blond - strach się bać, co może się jeszcze w związku z tym wydarzyć.
Wybaczcie partactwo dzisiejszego wywodu - zwalam to na karb rozgardiaszu dziewczęcego w 418 ;)
4 komentarze:
Aaaaa, Kazik jest śliczniasty :D I Szach też...:D
Po zamojsku gadałyśmy? Nie zauważyłam;)
Ja wiem, że cudaki z nich. Kiedyś wrzucę tu całą galerię mojego zwierzyńca :)
To po zamojsku było a propos "troszku"...
'Im więcej znam ludzi , tym bardziej kocham zwięrzęta'... Ostatnio taka cytata G B Shaw'a mi wpadła do ócz ;)
Się podpisuję pod tym oburęcznie i obunożnie ;)
Prześlij komentarz