Pokój szaleje od nadmiaru mnie. Jestem wszędzie. Na łóżku, przy lustrze, na podłodze, obok klatki Kazia, nawet na parapecie dla przewietrzenia umysłu. Sama. Kaź śpi w domku, cały zamotany w sianie. Zapach frytek delikatnie drażni moje nozdrza. Wszystko dzisiaj tu do mnie pasuje. Spokojne. Od niechcenia. Jak ja. Spokojna, wyciszona.
(Zauważyłam, że ostatnio każdego posta rozpoczynam od opisu pokoju w zestawieniu z moim nastrojem... Ale to pewnie dlatego, że to jedyne bezpieczne dla mnie miejsce i że jest tak bardzo zależne ode mnie.)
Muszę się do czegoś przyznać. Ja, będąca już prawie filologiem języka polskiego, rozkochana w dziełach Juliusza Słowackiego, z pasją czerpiąca z Schillera, ubóstwiająca prozę Conrada. Ja, osoba poważna i stateczna, oglądająca filmy Tarkowskiego i Lyncha, znająca przedstawienia Cieplaka. Ja, dziewczyna z 22 letnim stażem obserwatora rzeczywistości - nie potrafię przestać oglądać głupiego filmu dla nastoletnich dziewczynek...
Wstydem było już przeczytanie całej sagi Zmierzchu... Cel był ukryty - oswoić wroga, bo nie jest to mój nurt, nie moja filozofia literatury; ale się wczytałam, wessałam w stronice i nie mogłam oderwać się aż nie skończyłam... Od deski do deski. Kilkakrotnie nawet. Chłonęłam treść. Marzenia. Wyobrażenia. Z wypiekami na twarzy śledząc przygody Belli i Edwarda... Taka bajka mogła do mnie trafić 10 lat temu, ale teraz - nie powinna - a jednak...
Pokochałam fabułę, pokochałam bohaterów. A gdy już mogłam spojrzeć na wszystko z ekranu - oniemiałam. Nie, nie. Ja wiem i widzę ile we filmie niedociągnięć, ile przesady, ile wycięto z książek, ale nie zmienia to faktu, że i we mnie zrodziła się zmierzchomania... Obie części oglądam na przemiennie, co dnia, co wieczór, gdy tylko z pokoju znikają inne ludki.
Może to jest tak, że kocham takie bajki, w których to, co tak nierealne, staje się rzeczywistością? Nie wiem. Ale para składająca się ze zwykłej dziewczyny i wampira to musiał być murowany hit, a gdy na scenę wkraczają też wilkołaki - wyobraźnia wariuje rozbudzona legendowym bajaniem.
Podejrzewam, że wizja nieśmiertelności zawsze będzie kusić ludzi... Kusi mnie. Przynajmniej jej wyobrażenie...
Możliwość błądzenia po świecie, bez przywiązania do czegokolwiek, do którejkolwiek z normalnych/ ludzkich potrzeb, łazęgowanie między krajami, narodami. W jednej sekundzie Paryż, by w kolejnej stać na szczycie Kanczedzongi czy K2. Świat stałby się osiągalny, a całość można by objąć dłonią. Bez ograniczeń, bez jakichś przerywników. Rzeki, morza, góry, doliny, dżungla, step, pustynia - wszystko warte ujrzenia, przemierzenia, poznania, zrozumienia - to o czym teraz marzę, co stanowi swoisty wabik i podstawę błądzenia wśród niebieskich migdałów, wszystko, co tak bardzo chciałabym choćby ujrzeć... Tak prostym byłoby czerpanie z życia tego, co teraz wydaje się nieosiągalne. Emocje, adrenalina - ale miałoby to tylko sens pod warunkiem, że byłoby to odczuwalne tak mniej więcej, jak teraz, w zwykłym ludzkim ciele (lub bardziej ;P) Tyle, że wyrzuciłabym z zestawu przymiotów i potrzeb wampira ich kwintesencję - picie krwi (przynajmniej ludzkiej ;). Ups...
Nieśmiertelność postrzegam przez pryzmat W. Tego, że odszedł... I ze ja zostałam. To znaczy teraz mam własne, nowe życie, ale wtedy - byłam zupełnie sama i bezradna. Agdyby tak być wampirami - nic by nas nie rozdzieliło...
Teraz, gdy czekam na Niego liczę oddechy, kroki na korytarzu i nasłuchuję. On jest, przyjdzie... I nie potrafiłabym znieść Jego nieobecności, z tym nie mogłabym sobie poradzić, gdyby i Jemu coś się stało.
To trochę jakbym chciała naprawić popsute radio, by grało nadal, ale już inaczej. Ale chce się, by grało nadal...
Tyle na dzisiaj. Przepraszam, że znów tak pesymistycznie mimo wszystko. Chyba jest coś w powietrzu. Tak czy siak - miłego wieczoru, i nie dajcie się zawiać śniegiem ;P
Bez odbioru.

2 komentarze:
Do tego by czerpać z życia nie trzeba byc wampirem ;)
Tak... Ale jakby to było czerpać z życia będąc wampirem - oto jest pytanie ;)
Prześlij komentarz