Jako i ta babka w trójkątnej chuście kwiaciastej, cupająca na drągu powalonym, jest dzisiaj Malutka cierpliwa i cierpliwość jest dziś cnotą najwyższą z najwyższych, doskonałą samą w sobie.
Ale po kolei.
W akademiku panuje histeryczna atmosfera wprowadzkowo- wyprowadzkowa. Kierownictwu gotuje się pod cylindrami, studenci kręcą się w kółko obłędne po korytarzach. Stan podniesionej gotowości chyba jednak wszystkim wymknął się spod kontroli, zważywszy, że przyszedł sobie dzisiaj, łaskawie, a do tego we własnej osobie, Kierownikus Niepospolitus (czyli: "gdyby głupota mogła fruwać, unosił by się, jako ta gołębica niewinna" - z pamięci cytuję, więc zapewne przeinaczyłam), żeby mi w pokoiku policzyć krzesełka i stoły, i jeszcze szafy - z dodatkowych sprzętów nie zauważył nic, prócz klatki chomika, ale o tym będzie później... I tak Kierownikus Nipospolitus zwiedził wszystkie pokoje, wszystko skrzętnie odnotował, a w godzinę później biegali pracownicy ze zmiany porannej: portier, sprzątaczki i księgowa, bo się Kierownikusowe notatki zagubiły w pracy natłoku. Do tego kilka osób zaliczyło już wylot za walety nadprogramowe; no tak, bo nikt nie doczytał małego druczku, że we wrześniu tylko do 27 można było mieszkać, a potem słodkie bye bye.
Nagle zrobiło się tutaj więcej bezdomnych, niż bezrobotnych, a proporcja zawsze była odwrotna.
W 418 po spisie powszechnym, uczynionym przez Kierownikusa Niepospolitusa, nastał czas smutku i niepokoju: nastroje wstrząśnięte, bo nawet nie zmieszane.
Nie pociesza fakt posiadania objętych normą (unijną, zapewne) ilości krzeseł, stołów, łóżek i łódek (i jak polskie hale kocham! - bladego pojęcia nie mam, cóż to jest, ta "łódź", a mieszkam z nią, a może w niej lat pięć, tak z grubsza się w czasie obrachowując).
No bo jak ma mnie pocieszać stan pokoju wzorcowy, skoro wg. wyżej scharakteryzowanego Kierownikusa Palantusa, w 418 znajduje się nadprogramowy gryzoń i nadprogramowe gryzonia mieszkanie - załamka, jak moją Rodzicielkę kochaną wielbię!
Po pierwsze: Kierownikus zażyczył sobie usunięcia "ciała obcego" w trybie natychmiastowym, co nie wiem jakim, perswazyjnym cudem, udało mi się odroczyć do końca tygodnia, bo opcja początkowa zagrzmiała tak (drukowane litery użyte zostały w słowach zaakcentowanych tak dosadnie, że aż mi pierwsze siwe włosy na skroniach zasrebrzyły się z wrażenia):
- Pani pokojowa S. proszę TO, TO COŚ wynieść stąd natychmiast do kontenera.
Tu zrodził się we mnie w***w potężny i zagrzmiałam dużo bardziej grzmiąco od przedmówcy:
- Chomik nie wyląduje w żadnym kontenerze, bo jeżeli tak - sprowadzę na pańską głowę całą armię zielonych, opiekę zwierząt i ministra środowiska, jeśli zajdzie taka potrzeba.
Tu nastąpiła chwila refleksji i milczenia złotego, które uwieńczone zostało zgodą na pobyt Kazika w akademiku na czas limitowany, tj. do 2 X roku bieżącego.
Spoglądam na Kazia, śpi sobie słodko, nieświadomy zamieszania wokół jego małej osóbki, zaplątany między sianem a trocinami, a ja mam istny wyścig myśli, co dalej z nim począć. Na początek spróbuję ukryć go u kogoś innego w pokoju, maksymalnie do 15 października, później mam nadzieję odzyskać spokój i klatkę wraz z jej domownikiem.
Inną kwestią jest to, że czekam na nową współlokatorkę... I lepiej, żeby nie miała alergii (co prawda mam w szafce jakiś specyfik antyalergiczny, ale to raczej nic nie da...). Szafki i półeczki dla dziewczątka opróżnione, zwolniłam przynależne miejsce w lodówce. I czekam, z pozycją gumowego ucha, nasłuchując, czy te kroki na korytarzu nie zbliżają się właśnie do drzwi 418, czy nie ma zatrzymania przed nimi, czy to już pukanie - i póki co - cisza na froncie, na moje małe szczęście.
Żeby nie zrobiło się jednak zbyt dramatycznie były i dzisiaj całkiem miłe chwile. Wysłałam list jeden, dostałam decyzję pewną i jeszcze Sioma jakoś tak pojawił się na korytarzu niespodziewanie. Z Boskim robiliśmy też za Szczygieł-przeprowadzki: wytargaliśmy biurko dla Śliwki z IV na II piętro, a że biurko było kolosem w swojej klasie - zmordowaliśmy się przyjemnie. No i jeszcze wykazałam się miłosierdziem wielkim i cichym - przenosząc czyjeś rzeczy z pokoju dwuosobowego do pokoju jednoosobowego - czemu miłosierdziem? - bo ja po prostu miła dziewczynka jestem, nawet jak ktoś ze mną gra nie do końca fair :)
Tak na koniec: wyobraźcie sobie widną polanę, zaszytą gdzieś w głębi lasu, porośniętą złotą, wysoką trawą, na skraju której (polany, nie trawy :) położony jest staw głęboki, na którym kaczek mnogość. Kolory nasycone intensywnością mienią się w oczach i nie wiecie, gdzie nie spojrzeć, by się nie zachwycić. Skupcie się! Skupcie się, bo... Nagle słyszycie niesamowity dźwięk, takie połączenie gwizdu spadania z zaciętym zgrzytem ataku - wzrokiem podążacie ku górze, próbując wypatrzeć, z której strony zbliża się do Was zagrożenie. I wreszcie widzicie: to sokół, najpiękniejszy, najszlachetniejszy, ponad Waszymi głowami. Jego lot pewnie kieruje się ku ofierze. Stoicie bardzo blisko niej, już prawie czujecie na skórze otarcie jego piór, świst dzwoni w uszach. Ptak uderza w jedną z kaczek, nie raniąc jej, jedynie ogłuszając, ta upada na poszycie. Zastanawiacie się gdzie jesteście i czy to możliwe. Naprzeciw Wam wychodzi mężczyzna ubrany w strój myśliwego, na jego twarzy wymalowane jest zadowolenie, wydaje niezrozumiałą dla Was komendę. Syczący sokół wiruje jeszcze przez moment nad głowami, aż wreszcie ląduje na rękawicy Nieznajomego, dopominając się nagrody w postaci kawałka mięsa, którą otrzymawszy, pochłania powoli, jakby rozkoszując się nią, lub kolejnym zwycięstwem swojego instynktu. Nieznajomy drugą dłonią lekko głaszcze ptaka mówiąc do niego cicho, szeptem jakby, może czule, a Wy ciągle stoicie obok, zahipnotyzowani, zastanawiając się nadal, gdzie tak naprawdę jesteście, co to za miejsce i czego świadkami przed chwilą byliście?
A odpowiedź jest bardzo prosta: znaleźliście się w moim śnie, tym, który przydarzył mi się tej nocy, i którego wspomnienie budzi we mnie nadal dreszcze i fascynację, bo o sokolnictwie wiem tyle, co o fizyce kwantowej, czyli nic, nie mając żadnej styczności z tematyką polowań z ptactwem łownym.
Bo to jeden z tych abstrakcyjnych snów, który w jakiś sposób stanowi odbicie mojego pokręcenia...
Z samego rana trochę się w internecie rozgościłam i poczytałam w tym temacie. Zadziwiające. Polowania, układanie ptaków i same sokoły, choć nie tylko one. Coś mi się zdaje, że chwilowo będę o tym czytać i czytać... :)

12 komentarzy:
"Chomik nie wyląduje w żadnym kontenerze, bo jeżeli tak - sprowadzę na pańską głowę całą armię zielonych, opiekę zwierząt i ministra środowiska, jeśli zajdzie taka potrzeba." Boska jesteś;)
aż żałuję, że nigdy w akademiku nie mieszkałam..
Żałuj, Siostro, żałuj, bo i jest czego :DDD
E, różnie już o mnie mówiono, ale, że jestem boska, to jeszcze nie... :)
Akademika już nie nadrobię, za późno;)
A widzisz, boska dziewczyno;)
Soy - nic straconego, zawsze można spróbować poznawać akademik "na waleta"... Krócej, co prawda, ale kondensacja całkiem sensowna i adrenalina na odpowiednim poziomie: "przylezą, znajdą, nakryją mnie" :D
No w życiu... :)))))
hehehe, ja raczej wielce szanująca przepisy ( drogowe mniej;) ) więc waletowanie nie dla mnie, ale na imprezę akademik w sam raz;)
Soy - walet nie jest nielegalny, tylko spóźniony w rejestrowaniu, a potknięcia administracyjne wszędzie się zdarzają ;)))
A imprezy to odrębny kawałek historii... :)
spóźniony w rejestrowaniu, mówisz...ciekawe;)
Aż takie imprezy tam są? Kurcze...kusi ten poznań;)
Są, są, pakuj się do PKPa i już :) Poznań blisko jest, a nie na końcu świata. Ściągnie się jeszcze Kamę i będzie impreza po polsku/ polonistycznemu :)))
Heheh, impreza polonistyczna o zabarwieniu bibliotekarskim z nutką Conrada w tle;)
Obalimy mit o bibliotekarkach:P
Albo o polonistkach ;)
No tak...stereotypy rules...
Proszę, odwiedźże mnie ;) www.uciekajac-przed-przeszloscia.blogspot.com
Ooo, wreszcie adres, rozgoszczę się jeszcze dzisiaj :)
Prześlij komentarz