czwartek, 21 stycznia 2010

ciiii... cyt...

Wreszcie zostałam sama. Pokój opustoszał. Ja piszę, rozmyślam, piszę, a Kazik śpi. Jest spokojnie, chyba na kształt spokoju przed burzą. Przynajmniej nie czuję tej presji dopasowywania się, która pojawia się wraz z Kimkolwiek, z tym, że nie można Komuś narzucić siebie, swoich pokręconych załamań i tej miny zbitego psa, która chyba przyrosła już do mojej twarzy. Słucham tylko jednej piosenki, na okrągło, od godziny, i nie zmienię repertuaru aż do wkroczenia do pokoju Kogoś, bez względu na to, Kto to będzie. Jest mi "dobrze", w porównaniu z tym, co działo się tej nocy, nieprzespanej zupełnie. Siedzenie do 5. 30 i połykanie łez to zajęcie niewdzięczne, ale chyba jedyne, w którym się spełniam i radzę sobie z nim bez problemu. Nie czuję się teraz dziwadłem i pokazowym obrazem klęski powojennej, sama między czterema białymi ścianami z tym całym martwym otoczeniem: książek, naczyń, ciuchów, pościeli...

Ciało boli mnie niesamowicie, a pani doktor nie ma - jest na tygodniowym urlopie zdrowotnym, więc muszę czekać na mój specyfik odpęcherzający... W sumie szkoda o tym pisać, bo tylko się wkurzam, że nie mogę wykupić leku za 8 zł - bo o zgrozo - nie mam recepty na niego ;/;/;/ Ehhh

Wyszukane w sieci :)

Ale portret mnie, nie jest wymizerowany i lichy tylko ze względu na stan organizmu. Zżera mnie od środka smutek i pustka. Wszystko we mnie jest teraz trzciną na wietrze, kołyszącą się zgodnie z jego powiewem... Drży moja dusza, obnażona z wszelkich mechanizmów obronnych. Poryczałam się, ciągle powstrzymuję łzy. Ciągle staram się robić dobrą minę do złej gry - wtedy, gdy inni są obok mnie. Tylko przy Aneszce odsłoniłam moją ułomną przewrażliwość. Czasem tak jest.
Choć sama Aneszka przyznała, że w takim stanie mnie jeszcze nie widziała - jest to dla mnie miarodajny osąd. Muszę szybko znaleźć sposób, by nałożyć na twarz jakąś maskę, gdyż nie mam zbyt wielu sił, by powstrzymać się przed zupełną degradacją własnej osoby. To mnie rozrywa od środka. Czuję, że nie ma przede mną żadnej możliwości walki, nie marzę nawet o zwycięstwie.
Te wszystkie małe tropy, które prowadzą mnie niewiemgdzie, niewiemjak pokazują mi jak marne jest moje bycie, jak ja sama jestem zwichnięta. Rany ropieją, nie chcą się goić. A ja jeszcze sama je rozdrapuję wiem przecież jak to się robi. Czuję, że spadam w przepaść, popychana przez tę machinę, którą sama skonstruowałam.

Nie chce nic robić dla siebie. Żadnej odskoczni, żadnego odwracania uwagi, pozo tym blogiem, który pokochałam tak bardzo.

Chciałabym tylko znaleźć granicę między mną a światem, i nauczyć się zamykać siebie w pancerzu, tak, bym poza jego wnętrzem - była przynajmniej cywilizowana.

Milczę jak zaklęta. Chowam się pod koc, kołdrę, jak tylko mogę, szczelnie. Chciałabym wtopić się w ściany. Nie chcę jeść, pić, ubierać się nawet.

Wiem, że to, co mnie teraz ogarnia, co mnie pochłania to nie jest objaw jakichś zaburzeń ani chorób...

Ja tylko nigdy naprawdę nie nauczyłam się żyć, a teraz ta umiejętność jest niezbędna. A przecież nie mogę załatać tych dziur zadziorną miną, ponurym smutkiem.

Owszem, umiem się cieszyć. Owszem dostrzegam radość zaklętą w biegu chomika, wesołe obłoki i płatki się z nich sypiące też widzę. Cieszy mnie to, co dzieje się u bliskich. Ale tego szczęścia nie wystarcza mi dziś nawet na rękawiczki, by nie parzyły mnie pokrzywy i osty oszczerstw, krytyki, kompleksów.

Gdybym mogła - wyruszyłabym do Lipnicy. Na moje kochane pagórki, by uciszyć ból i choć częściowo rozsupłać poplątane myśli. By wreszcie wykrzyczeć wszystko, co mnie dusi, na głos, tak, by płynąc w dół - zabrało ze sobą ten stan, który tak bardzo destabilizuje moją codzienność. Zaszyć się w starej, opuszczonej chacie z piecem, gdzie tylko kawa i cukier zawsze czekają na strudzonego wędrowca... I tam - zlitować się nad bezsensem tego wszystkiego, o czym tu piszę. Z dala od świata, od miejsc i ludzi, którzy są świadkami mojego topienia się w wartkiej rzece planów, marzeń, pasji.




Poza tym? Młody jest już w szpitalu. Jutro operacja. Będzie dobrze! Ale i tak szkoda, że swoje ferie spędza sam w szpitalu, od jutra pozbawiony każdego intensywniejszego ruchu. I jedzenia, które tak lubi, też. Ale nic - za pół roku zapomni o tym epizodzie.

2 komentarze:

abnegat.ltd pisze...

Hej - usmiechnij sie troszke :)
Znajdz jakis jazz - contempo albo miekkie longue, zrob sobie darjalinga albo assama - i bezstresowo i spokojnie powiedz swiatu "wynocha -dzisiaj mam wolne od absolutnie wszysykiego."
A z tymi nerkami znajdz najblizszy osrodek majacy dyzur nocny i zadzwon natychmiast. Bo z zapaleniem u.m. nie ma zartow.
przytulam wirtualnie

Malutka... pisze...

:) Dzięki... Tyle na teraz :)