niedziela, 8 sierpnia 2010

na wygnaniu

Bycia bezdomną ciąg dalszy...
Sarmacka. Znów tutaj.
A nie w 418...
Męczy mnie ta sytuacja i chyba jakoś podłamuje. Mój pokój już nie jest mój, dom przestał być domem i tyle. Tego się nie da dłużej ignorować i udawać, że jest inaczej. Wchodząc do akademika drażni mnie już patrzenie na zamknięte jeszcze drzwi, w pokoju nie ma już dawnego klimatu, przestrzeń znikła wraz z przybywającymi nowymi elementami wystroju. Moją ostoją jest jedynie łóżko, bajzel na szafce z książkami i parapet; znikły: podłoga, stół, szafki pseudo kuchenne i strefa przydrzwiowa...
Wyprowadzka jest więc chyba nieunikniona.

W związku z tym wszystkim czuję się jak zranione zwierze, takie które z głupoty wlazło we wnyki, a teraz nie może się z nich uwolnić i skomle.
Nie wiem, jak to poskładać, żeby się Michaszko nie obraził.
Wyszperane w sieci :)

Podsumowaniem weekendu w domu niech będzie moja odpowiedź na pytanie ByłegoNiego:
- Kiedy pojechałaś do domu?
- W sobotę.
- Aha, czyli wczoraj...
- To wczoraj było, a nie tydzień temu? :DDDDDD

A na Sarmackiej jak zawsze wesoło - mam nadzieję, że chłopaki pozytywnie wpłyną na moje dzisiejsze postrzeganie świata...

Ps. Stała dnia... Stała dnia... Stała dnia... :)))))))))))))))))

2 komentarze:

Kama pisze...

A myślałam, że parapet to tylko moja święta przestrzeń... :D.

Malutka... pisze...

A tu psikus... Moja święta przestrzeń życiowa... Była sobie jakiś czas temu, już nie jest - bo profanum...