niedziela, 16 stycznia 2011

oczko za oczkiem...

No i doszło do mnie: łańcuszek dziwactw i osobliwości...
Winą za moje uzewnętrznianie się obarczam z całą stanowczością Soy ;)

I. Cyfry...
Dla mnie magiczne i niesamowite, zarówno pod względem preferowania nieparzystości (nawet posty publikuję wg. tego upodobania), jak i tego, że dzięki nim mogę się wyciszyć lub nie zasnąć. Wykłady nudnego Dinozaura W. zostały przeżyte tylko dzięki temu, że wpadłam na pomysł cyklu działań na dwóch ciągach liczbowych - zauważyłam wtedy pewną ich właściwość, której nie potrafię nazwać (a bardzo bym chciała), właściwość fascynującą mnie do dzisiaj (tym, czy ma ona jakieś zastosowania w "prawdziwej" matematyce?), zapisaną na zbyt wielu kartkach zbyt wielu zeszytów :)

II. Dźwięki...
Są dla mnie czymś więcej niż muzyką otaczającego świata. Zaklinają jakiś fragment rzeczywistości - obraz razi mnie zawsze niepełnością. Mogłabym opowiedzieć siebie sekwencjami piosenek i nagrań poszczególnych dźwięków, choćby odgłosu ciężkich kropel bijących o szybę. Słuch jest dla mnie bezcenny i ciągle w mojej głowie tłoczą się jakieś melodie. Cisza na dłuższą metę mnie wykańcza, czasem leniwie rozpływa się w moich myślach, siejąc przyjemny bezruch, lecz... przeraża mnie separacja z jaką się ona wiąże. Lubię syczenie czajnika rankiem, będące obietnicą kawy. Lubię stukot obcasów na korytarzu, zastanawiając się, kto zapuka do drzwi. Lubię grzechot ziaren przesypywanych w dłoniach. I wiele jeszcze lubię ;)

III. Bierki...
To jedna z tych dziecięcych gier, w którą grywam po latach. Kiedy pierwszy raz dziadek wysypał kolorowe patyczki na stół, wiadomym było, że będę go tym katować przez całe, długie, wakacyjne wieczory. Uwielbiam precyzję, odrobinę sprytu i... łut szczęścia, bez których bierki nie byłyby bierkami :) I jeszcze jedno: zawsze wygrywam (nieliczne wyjątki tylko potwierdzają regułę).

IV. Gwara...
Umownie. W moim domu od zawsze polski, skąpany w jego ludowych zniekształceniach, kombinacjach, wariacjach, mieszał się z naleciałościami niemieckimi, które jakoś tak pozostały w spadku po historycznych kolejach okolic Gniazda Rodzinnego. Wielkopolska mówi śpiewnie, używa wyjątkowych słów. Klasyczne: pyry, gzik, ryczka, bimba i fefry. Poza tym wychodzenie na dwór, odbijanie biletów i nuty pod latarniami to ledwie skrawek maluczki tego królestwa. Ale... inne regionalne królestwa są mi równie miłe. I chyba nigdy nie będę się upierała przy tym, by oczyścić język mówiony z tej jego urody :)

V. Podróżowanie...
Tak, właśnie tak, podróżowanie; podróże to efekt, ale mnie najbardziej cieszy samo pokonywanie trasy, czyli zaglądanie za tym, co skrywa horyzont. Droga ciągnąca się w nieskończoność, zmieniający się krajobraz, pomruk radia samochodowego czy marudzenie pasażerów z naprzeciwka to dla mnie gratka. Od kiedy pamiętam uwielbiałam przyklejać nos do szyby naszego żółciuchnego fiacika i znikało wszystko. Nadal najlepszym sposobem na uciszenie mnie jest: wpakować do samochodu i jechać, jechać, jechać. Lubię milczenie w drodze, jest ono dla mnie nieodłącznym elementem przybywania Stąd Tam; taka dziwna forma kontemplacji.

VI. Zegary...
Mam do nich bardzo, ale to bardzo dziwny stosunek. Nie potrafię założyć ustrojstwa na rękę - każdy taki cud techniki kończył tragicznie w sposób nieprzypadkowy (szczytem było rozwalenie białego brzydactwa w kościele, dzień po tym, jak mnie nim obdarowano - zamiast młotka użyłam ławki). Hipnotyczne tykanie od zawsze mnie drażni; na pewno nie zasnę w pomieszczeniu, w którym równym rytmem ciszę przerywa złowieszcze tik-tak, tik-tak. Ale... nie mogę oprzeć się wpatrywaniu w stare zegary, jakbym na ich cyferblatach chciała znaleźć wielkie historie, którym towarzyszyły. Doszło do tego, że wędrując po sklepach skupiam się na wyszukiwaniu zegarów, obserwowaniu wskazówek, zarysie cyfr.
No i jeszcze Trwałość pamięci Salvadora Dali - obraz, który przez długi czas był tłem moich snów...

VII. Prasowanie...
Umiejętność prozaicznie podstawowa, ale dla mnie obca bardziej niż zgłębianie tajemnic suahili. Żelazko jest moim wrogiem. Nawet nie próbuję się do niego zbliżać. Jedyna próba bliższego kontaktu miała miejsce 8, słownie OSIEM LAT TEMU i zakończyła się wypaleniem dziury w mojej najukochańszej niebieskiej koszulce nocnej... Nie muszę chyba pisać, jak żałośnie się czułam. Owocem tamtej nieprzygody jest moja nienawiść do prasowania - i wiecie co? - da się z tym żyć :)))


No, to chyba tyle.
Resztę udziwnień osobistych zostawiam sobie, żeby istniała jeszcze jakaś sfera tajemnicy i niedopowiedzenia :)

5 komentarzy:

złośliwa zołza pisze...

Eh..Ty nawet zwykły łańcuszek tak tkasz słowami,że wychodzi z tego enigmatyczna historia o Malutkiej, co tajemnicę w pięknych oczach skryła;)

Malutka... pisze...

Dobre; enigmatyczne historia o Malutkiej :) I jeszcze to oczy... No wiesz ;)

Malutka... pisze...

No i literówki - nie kasuję, niech jest - jako dowód spania przy pisaniu ;)

soy :) pisze...

No wiem, sama widziałam;)

Malutka... pisze...

:)))