Mam jakieś takie spaczenie, że nie lubię rodzinnych zjazdów, rozjazdów, tradycji i tradycji niezachowywania. Modyfikacje wg. zapotrzebowania.
Całkiem poważnie liczę, że nie dojadę do domu. Że będę mogła zostać w Poznaniu, bo śnieg, zawieje i zawieruchy.
Bez skakania przez tydzień nad garami i zastawiania naprzemiennie stołu, a już na pewno bez włączania płyt z kiepsko odśpiewanymi kolędami.
To ma być 3 z rzędu Wigilia na dwa domy: Rodzicielka z Młodsiejszym u dziadków, ja i Rodziciel w Gnieździe Rodzinnym. Tyle ustaliliśmy w bólach. I nerwach też.
Poza tym jak zwykle nic do jedzenia: ostaje mi się piernik z marmoladą różaną i zupa grzybowa, bo rybne kombinacje nigdy mnie do siebie nie przekonają - ryb nie znoszę w ogóle, w szczególe jest niewielki zakres tolerancji, który do świątecznego obżarstwa nie przystaje. No, chyba, że Rodzicielka się w tym roku przełamie, lepiąc pierogi z kapustą i grzybami ;)
Prezenty, jak znam życie - klasyka: 3 pary rękawiczek "bo ty przecież zawsze gubisz". Lub kasa - a tego też nie lubię, nawet bardziej. Prezent to coś osobistego, ukłon w stronę konkretnej osoby, a nie pójście po bandzie.
Ozdoby? Owszem: gałązki jałowca w sypialni rodziców, z maleńkimi bombkami. I wystarczy - od paru lat zgodnie z Młodsiejszym zażyczyliśmy sobie niestawiania nam choinki w pokoju, bo znacznie utrudniała ucieczki i bijatyki na poduchy. Słodycze Młodsiejszy wcina od razu, w ilościach hurtowych, wszak Subkultura z niego i Rodzicielka choćby nie wiem jak chciała - nie da rady naszego pokoju przerobić na świąteczną modłę, ku mojemu poczuciu estetyki minimalnej. Jedyny element znaczący to światełka podwieszone pod sufitem, bo Młodsiejszy lubi, a mi nie przeszkadzają.
Oczywiście u C.K. choinkowo, kolorowo, więc dom wygląda jak szopka bożonarodzeniowa, wedle standardu: "co by ludzie powiedzieli, jakby nic nie było przed domem i w kuchni; a potem będzie kolęda, ksiądz przyjdzie". Heh.
Święta a' la Cześ?
Spokojne, z grzybową, piernikiem, makiełkami oraz pierogami z kapustą i grzybami.
Zasiedziane przy winku z Rodzicielami i Młodsiejszym, przegadane, z kuligiem i lepieniem bałwanów. Z winylami w tle i spacerami długimi, niezobowiązującymi do powrotu o tej i o tej. Z kolędami odśpiewanymi przez Rodzicielkę przy chórku naszej trójki (bo moja Mama piękny ma głos:). W składzie okrojonym do granic możliwości, bez całej familii, bez odwiedzania się itd. Żeby nacieszyć się domem i tymi, co w domu. Z zapachem mandarynek, pomarańczy. Za lampionami w oknie. Z rozleniwieniem przyjemnym i gorącym piecem kaflowym. O, i koniecznie z rozłożoną na podłodze elektryczną lokomotywą ;)
Ale tak się nie da.
Skład domowy to normalnie dyszka dorosłych ludzi.
Do tego dziadkowie, którzy trwają przy tym, że Święta spędza się u siebie, a nie gdzieś, co kończy się rozdarciem wewnętrznym Rodzicielki, bo albo oni będą sami, albo osieroci mnie i Rodziciela, i z Młodsiejszym ruszy piątkowym popołudniem wczesnym w drogę.
Ludzie dziwni są. Zamiast sobie życie ułatwiać, komplikują sobie wszystko, co tylko mogą, z premedytacją.
(A potem takie Cześki, jak ja, modlą się do Bóstw Wszelakich o śnieżyce).
Aha.
I u mnie w domu pod choinkę podarki podkłada Gwiazdor, nie Mikołaj, bo kto by Mikołajowi dwa razy do roku głowę zawracał? ;)
To sobie temat do pisania dzisiaj znalazłam, ale świeżuśki, omawiany telefonicznie od wczoraj - nie chce ktoś komórki? - z chęcią oddam.
A miałam bazgrać o kobiecych pisemkach - dobra, przełożę na kiedyś tam :)
W ramach rekompensaty za maruderskie wywody - Diana Krall, Narrow daylight:

15 komentarzy:
Ani mi się waż oddawać telefonu! z kim ja będę plotkować?;)
Ty się ciesz, że Cię tylko telefonicznie męczą...ja już mam całą listę rzeczy do pieczenia..wyjdę z kuchni w sylwestra:P
Ja bym tylko chciała, żeby mi KTOŚ wytłumaczył wreszcie po co to, to całe pieczenie dla dywizji, a gotowanie dla dywizji dwóch przynajmniej??? Po kiego czorta?
A potem na nic czasu nie ma- tylko trzeba podgrzewać, podawać, podgrzewać, podawać?
MAKABRA
Telefon zostawię, bo mnie jeszcze umowa obowiązuje ;)
Ja nie wiem po kiego to wszystko...trace przez to atmosferę świąt, no ale..mama każe, córka robi;)
Ten scenariusz należałoby już zmienić...
Taa..zmienię jak już założę własną rodzinę...czyli za milion lat;)
He he, mi to nie grozi (znaczy rodzina własna) ;) Więc będę egoistycznie byczyć się w górach, w kożuchu i z grzańcem w łapce ;P
Ja tam do świąt wielkiego sentymentu nie mam i kiedyś miałem plan, że będę je spędzał sam, z butelką winka.. no z dwiema, albo piwka (to ze czterema co najmniej), przy muzyczce, w świętym spokoju.
Ale...
Moje Kochanie Najkochańsze jest tradycjonalistką, dzieci tradycji uczyć trzeba, zresztą - zanim zacząłem marzyć o piwie i świętym spokoju, czyli kiedy byłem bardzo mały i wierzyłem w Mikołaja - święta były radochą. Nie będę chłopakom odbierał. Jak rodzina - to zobowiązania. Teściowa, szwagierki, rodzice, siostra...
Jestem największym gburem w tym zestawie i muszę się z tym trochę kryć. Czyli - będę świętował, chcąc nie chcąc. Trochę się może z tej okazji kulinarnie wyżyję. Zeszłoroczny pstrąg zapiekany z fetą zrobił karierę - nie mogę dopuścić do regresu.
Ooo - Malutka, właśnie to! właśnie tak kiedyś myślałem - ten grzaniec pasuje do moich niegdysiejszych planów świątecznych... Ja się skupiałem na swoim poście, a Ty tak to ładnie ujęłaś - to samo ;-)
Wiesz, Desperate, jak byłam mała, to wszystko wyglądało inaczej, bo się pod dzieci piękniło i przeżywało...
Wizja egoistycznego byczenia się w górach jest mi najdroższą i za niedługo będę mogła wcielać w życie ;)
Zazdroszczę Twoim chłopakom tego, że jeszcze wszystko jest dla nich pełne magii i czarów świątecznych :)
I życzę udanego pichcenia, bo ta rybka w Twojej wersji to zachęcająco zabrzmiała...
Całkiem była - przyznać muszę - niezła, chociaż ja za rybami nie przepadam. Ości mnie drażnią. Ale wyfiletowałem i nie było tak źle. A farsz z fety, cz czosnkiem i ziołami - pierwsza klasa.
A życie różnie się układa - ja ileś tam lat temu, nie aż tak znowu wiele, każdemu, kto by mi moje przyszłe święta opisał tak, jak one teraz wyglądają, zaleciłbym wizytę u lekarza. W każdym razie nie potraktował bym takiego delikwenta ani trochę poważnie. A tu proszę - niedługo będę ubierał choinkę i pewnie jeszcze sam ozdoby lepił.
Tyle niespodzianek nas spotyka... :-)
Los nam figle płata, wiadomo nie od dziś :)
Ja póki co - faktycznie dążę do minimalizmu i tego, by mi nic nie zakłócało stanu: "jest mi dobrze".
Ale jeśli kiedyś coś zmieni moje plany - chyba się specjalnie nie pogniewam :)
Przyznam szczerze, że odkąd wyszłam za mąż przestałam lubić te święta.
Te spędzane w domu, z rodzicami, z rodzeństwem były najfajniejsze.
Od kilku lat święta spędzamy u teściowej. Zjemy, posiedzimy trochę i na tym koniec. Brakuje mi nastroju, ciepła, radości...
Heh, ja od zawsze marzyłam o Świętach tylko z Rodzicielami i Bratem Młodsiejszym, ale to nierealne...
Zbyt wielki gwar i szum rozpuszczają wszystko w taki nieokreślony sztuczny wytwór "żeby tradycji stało się zadość".
A może, skoro Antosia już na świecie, zrobicie sobie Wigilię tylko dla Waszej Trójki, a rodzinę poodwiedzacie w kolejnych dniach?
Chciałabym taki scenariusz.
Jednak teściowa mieszka sama. Do nas nie przyjdzie, bo to uraziłoby Jej godność. W tej sytuacji sama rozumiesz.Wyjścia nie ma.
Cóż...dwa dni i życie znowu wpadnie na "codzienne" tory.
Heh, no to się chyba będziecie musieli pomęczyć...
Swoją drogą moi dziadkowie mają dokładnie to samo. I tym sposobem podziała rodziny jest ;/
Prześlij komentarz