Natomiast lekarze, jak nakręceni, starają się odkręcić wszystko w miarę możliwości, bo delikwencji fantazji destrukcyjnej nie brak, niestety, a później detoksy, OIOMy i psychiatrzy na podorędziu.
Podbramkowy poranek przypomniał podbramkowy zeszły grudzień i maj tegoroczny. I stawanie na głowie, żeby zminimalizować ryzyko i złagodzić konsekwencje. Ta i myśl, że gdyby mi Taki Jeden A. łba nie zesuszył, to licho by się to wszyćko poukładało.
Jakimś cudem zagłuszyłam wszystko i dalszy ciąg dnia był udany.
Oprócz dwóch prezentów, które udało mi się znaleźć w stercie wszystkiego, udało mi się też przytyć o tartę malinową i czekoladę meksykańską, w doborowym towarzystwie, dodać należy. Co prawda Aneszka podstępnie zmyła się z placu boju podarkowego, ale to mi ułatwiło znalezienie prezentu dla niej :) Poza tym - miałam okazję spędzić trochę czasu z Gosią, nowo zapoznanym nabytkiem akademickim z racji istnienia MOSTu :) Było nawet sympatycznie, nie wyszłam raczej na odludka, ani nic takiego.
Mały szkopuł: jakoś nie czuję, by Drewniak był strzałem w dziesiątkę, ale... hmmm... musi być ;) A nuż ;)
Teraz: wplątana w sieć powiązań i relacji międzyludzkich pójdę poudawać małpę w tłumie, bo Przem święci obronę magisterki i mu się na telefoniczne ściągania Czesia, do jego partyroomu, zachciało. Zważywszy, że nie jestem przyjaźnie nastawiona, że znów będę się gapić bezwiednie na Maryję Wicę, uczepioną przemkowej szyi, jakby syjamską mu była - powinnam zostać w domu.
Aczkolwiek w razie nieuzasadnionej nieobecności (a nieuzasadnione jest wszystko poza hispitalizacją) czekałoby mnie kazanie dłuższe niż to, które walnął ostatnio ksiądz na Wszystkich Świętych, i równie nudne, tyle, że nie o kasie, polityce i Annie Jantar, ale o moim społecznym niedostosowaniu, heh.
Wiem, zjadliwy to był akapit. Ale naprawdę wolałabym posiedzieć w ciszy i przy świetliku.
Ooo, jak o świetliku mowa - to będzie o świetle - Dżull jest jak tsunami.
Dokonała już tylu zabawnych usterek w pokoju, że panowie "złote rączki" zwracają się do nas po imieniu. Hydraulik zajął się zapchaną umywalką i strąconymi kurkami, elektryk wymienił żarówki w sztukach dwóch.
Czekam aż się któraś z półek oberwie, to i ze stolarzem się fałszowaną herbatkę wypije ;)
Tyle na dziś. Zostawiam Was z Milesem Davisem: Time after time...
5 komentarzy:
Imieniem Julki powinni nazwać jakiś huragan;)
A może sztorm, co się na wybrzeżu Ustki rozbestwi?
hehehe:P mam się bać przyjazdu do Cię?:P
pozytywnie tu u Ciebie :)
pozdrawiam,
Paula
Soy - bać to się jedynie mnie możesz ;) Podejrzewam, że na Twój przyjazd załatwię wolną chatę, znaczy pokój ;D
Paula, staram się żeby pozytywnie było ;)
Poza tym cieszę się, że zajrzałaś, bo z rewizyty widzę, że skorzystam nie raz z Twoich kulinarnych pyszności :)
Prześlij komentarz