czwartek, 30 grudnia 2010

rozdanie...

wczoraj było wczoraj
walet trefl jakoś nie ma do mnie szczęścia
dzisiaj jest dzisiaj
a karty w moich dłoniach niepewnie niepewne
dziwnie mi je los rzuca

Wyszperane w sieci :)

Miałam iść na łyżwy, a zamiast tego - kupiłam książkę Pewnej Wojowniczki :)
Może uda mi się dzisiaj poczytać?

tymczasem
namiastkę dostaję biorę mam

Na parapecie zaspa - jak bum cyk cyk ;)
Szyby wygrawerowane przez mróz przerabiają swój wygląd co rusz. Wczoraj - harfa, dzisiaj - (chyba) nożyczki. Podoba mi się ta zmienność. Zimowe metamorfozy.
Akademik cichy, bezludny, z krokami dudniącymi echem na korytarzach. Prawdziwy Raj dla Odludnych :)

Ale taka cisza ma i gorzki posmak...
Wiedzą zwłaszcza ci, którzy spędzili tu Boże Narodzenie, mniej lub bardziej dobrowolnie.

Subkultura zdążył mi opowiedzieć któregoś wieczoru do snu pewną historię (w ogóle to historii było więcej, ale stopniowo, stopniowo) o rodzinności w szerokich kontekstach.
Pewien dziewiętnastolatek z klasy mojego Brata dwa lata temu poznał dziewczynę ślicznej urody, radosnej natury i... przepadł w spojrzeniu jej niebieskich oczu (a ma niebieskie oczęta, że aż - Subkultura pokazał mi zdjęcia). Zaczęły się randki, zastępowanie słowa: "ja" słowem: "my". I tak, w sielance młodzieńczej miłości, chłopak stwierdził, że Niebieskooka jest dziewczyną jego życia: w wakacje zatrudnił się u znajomego rodziców i harując po kilkanaście godzin dziennie odkładał grosz do grosza. Sporo się uzbierało - tyle, żeby kupić pierścionek z przepastnym niebieskim oczkiem zatopiony w złotych uściskach, z wygrawerowanym wyznaniem najintymniejszym młodej duszy zakochanej. W pewien wyjątkowy październikowy dzień porwał dziewczynę z lekcji, lecz naganność wagarów niweluje szlachetność zamiarów chłopaka i obnażył przed nią swoja miłość prosząc ją nie o rękę, lecz o nią, Niebieskookiej całość. Dziewczyna poznawszy go, również przepadła, patrząc wprost w orzechowe spojrzenie chłopaka, więc jej odpowiedź po dwóch latach nie mogła być inna: "TAKKK".
Historia piękna w prostocie, i oby więcej takich... Do czasu jednak.
Chłopak zaprosił dziewczynę do domu (co i wcześniej czynił), by powiedzieć rodzicom o narzeczeństwie, by opowiedzieć o planach ślubu w wakacje, po maturze, przed wyjazdem na studia. Nie wziął jednak pod uwagę jednego - wyznania.
Prawosławni rodzice wyrzucili go z domu, gdy dowiedzieli się, jakiego wyznania jest wybranka ich syna. Katoliczka. Obraza Majestatu.
I Bogowie drwią z młodej miłości.
Chłopak nie mógł zamieszkać u dziewczyny, bo jej liczna rodzina gnieździła się na 3 pokoikach.
Początkowo waletował w internacie, kryty przez klasową brać i klasowej barci znajomych. Nie da się jednak długo w ten sposób pociągnąć. Przeniósł się na coś wieczorowego, za dnia pracuje, bez czasu na sen i odpoczynek. Ale jest silny i konsekwentny. Uczy się z zeszytów kumpli, sam opłaca sobie internat. I nadal chce zostać mężem Niebieskookiej.

A ja się po cichu zastanawiam jak można być fair wobec Boga, skoro odrzuca się własne dziecko...?
I nic rozsądnego nie przychodzi mi do głowy, tylko trzymam mocno kciuki za młodych, żeby udało im się ze sobą być na ich zasadach i jest mi obojętne przed którym Bogiem czy Urzędem będą składali przysięgę...

Muzycznie - Hasiok & Maciuś Maleńczuk, któremu wiernam od szczenięctwa, Synu...
Cóż więcej?


4 komentarze:

złośliwa zołza pisze...

No już nie miałaś kiedy teju historii dać, co?:P

Malutka... pisze...

Tak jakoś dzisiaj wyszło... Dasz radę z brzemieniem Czesiowego bredzenia ;)

Maria pisze...

Smutna historia.
Może różnica wyznań jest wymówką?
Wszak oboje są tacy młodzi(co oczywiście niczego nie przesądza).

Malutka... pisze...

Mario, to jedna z tych historii, o których słyszało się nie raz... A i tak pozostaje niedowierzanie, że to możliwe.