środa, 8 grudnia 2010

przyszła kryska na Matyska ;)

Dobrze, że nie jestem żadnym StwarzającymŚwiatPoruszycielemBogiem.

Kuśtykając słodko w brei miejskich chodników...
O tym mogłabym książkę napisać (choć może lepiej nie, bo szkoda czasu na rozwijanie własnej głupoty). O przemieszczaniu się z jednego końca na drugi.
Wywrotki? Czemu nie: idzie sobie Pan, pięciodrzwiowy w barach (na oko oceniam), środkiem drużki dla człowieków niezmotoryzowanych i nie zlezie na bok za nic w świecie.
Obłocenia? I owszem: większy furgon, którego kierowca zapragnął jechać granicą krawężnika i srrruuuu: zimne, brudne badziewie od stóp do głów.
Korki? No ba: bo np. wypadły 3 autobusy i okolice przystanków bardziej przypominają mrowiska, niż cokolwiek innego.

Ale żeby nie było - nie narzekam. Właściwie całkiem mi dziś fajnie.
Mam w głowie jakiś motorek, który każe brać się za siebie póki można:
* dieta: żeby przestać pożerać to, co choć dobre - pieruńsko kaloryczne i odkładające się gdzie nie potrza, a jeśli już pożerać dla samego smaku to w wersjach: mikro-mini;
* gimnastyka: ja wiem, w moich ustach to brzmi prawie, jak bluźnierstwo, ale jednak: teraz, albo nigdy; kuśtykające sporty: będzie śmiesznie;
* Majeczka: półtoraroczny szkrab, który mieszka sobie dwa piętra niżej - Majkę będę "wypożyczać" od jej mamy, żeby ta mogła się uczyć: regularnie dwa lub trzy razy w tygodniu na dwie lub trzy godziny - przy okazji, może mi zrobi się bardziej kolorowo i radośnie?;
* Muppety, których nie znosiłam, z nastawieniem na Wielkiego Ptaka (się nie śmiać w wyniku skojarzeń) święcą triumfy po wczorajszym wydawaniu stypendium; mimo takich "incydentów" i z tym idę w dobrą stronę, jakoś ta moja szafa tańcząca flanelami zaczyna wyglądać... na mnie :)
* wczesne poranki: czyli dużo czasu na naukę, oj dużo, dzisiaj np. badania kulturowe z Geertzem na czele;

Takie są założenia dnia. I najbliższej przyszłości.
Czeka mnie jeszcze kilka mniej poważnych pisanin, kilka wyjść niekontrolowanych i tłumaczenie się z jednej głupoty. Ale to akurat sprawy marginalne.
Chcę sobie zapchać dobę możliwie jak najbardziej, żeby ukrócić moje smętne ciągoty do granic możliwości.

No.
Power zapewne i dlatego, że w skrzynce mailowej dobre wiadomości, których się nie spodziewałam od ludzi, którzy już jakiś czas temu wycofali się z mojej codzienności.

I ja się zastanawiam, po co ja tyle piszę? Wystarczyłoby przecież krótko:
u mnie git, gitara i kaloszki :)

Wyszperane w sieci :)
Idealnyyyy...

Muzycznie dalej wałkuję Nouvelle Vague.
Dzisiaj proponuję to:



Miłego dnia!

6 komentarzy:

Porcelanowa pisze...

Motorki w głowie są fajne :) Zwłaszcza zimą. O diecie nie czytam, bo jestem tak głodna, że ledwo myślę. I fajnie masz z tym wypożyczaniem dzidziusia :) Bo dzieci są fajne, czyjeś są jeszcze fajniejsze, a tak to ma się i jedno i drugie w pakiecie ;)

Malutka... pisze...

Jakoś mi się dzisiaj odwidziało maruderstwo, więc motorek zbawienny jest.
Burczenie zagłuszyłam gruszką przed sekundą.
I jeszcze: w życiu się takim Maluchem nie zajmowałam... Pożyjemy, zobaczymy, przeżyjemy, jak rzekłby mędrzec ;)

soy :) pisze...

Widzę linki:D Jasność widzę :D

Malutka... pisze...

Nic już na ten temat nie pisz, plizzzz.
A miało być bardziej kolorowo...

Anonimowy pisze...

OOOO - NV są kapitalni - to, jak zagrali Joy Division, to aż mnie ciary przechodzą na samo wspomnienie.

pzdr ciepło

Malutka... pisze...

Przynajmniej Ktoś rozumie mój obłęd z NV ;)
Dziękuję :)