niedziela, 12 grudnia 2010

bo sny...


W domu miewam dobre sny. Naprawdę dobre. Takie, które zapamiętuję.

I.
Mały Cześ (znaczy ja) siedzi na ogromnej poduszce, w kolorowym, pastelowym kręgu, dokoła niego porozwieszane niewielkie, czarne, połyskujące klucze wiolinowe. Nad głową Czesia wisi jeden, ogromny Wszechklucz. Wszechklucz wiruje w powietrzu, wiruje i błyszczy się w przedziwnie piękny sposób. Cześ niepewny czy powinien, wyciąga dłoń i dotyka jednego z kluczy, nieopadal lewego ucha, ten zaczyna intensywnie połyskiwać, a do cichej melodii wpasowuje się idealnie dźwięk głośniejszy, bardziej wyrazisty, weselszy. Zachęcony Cześ palcami trąca szybko i delikatnie kolejne klucze - dźwięki przeradzają się w najprawdziwszą orkiestrę... Bajkowa atmosfera grania koniec końców usypia Czesia i... wierzcie lub nie: obudziłam się wtedy, gdy w śnie zasnęłam... :)

II.
W pewnej knajpce, bardzo daleko stąd, siedziałam samotnie przy stoliku, sącząc gorycz kawy, której poskąpiłam cukru. Wspominałam ulotność chwil, które spędziłam tu kilka lat wcześniej, w innych czasach, w innych okolicznościach. Przy stoliku po drugiej stronie sali siedział mężczyzna, z którym obserwowaliśmy się nawzajem, dając sobie na to nieme przyzwolenie. Mężczyzna był wyraźnie starszy ode mnie, elegancki pan po pięćdziesiątce, ze szpakowatymi włosami, pociągłą twarzą. Jego oczy, wykrojone niczym migdały, zerkały na ścienny zegar (ehh, piękny, wiekowy, z karmelowym cyferblatem) i na moje dłonie, lekko stukające w blat stolika. Nagle zamiast knajpki "z teraz" zobaczyłam ją sprzed kilku lat. Zobaczyłam ją z zewnątrz, gdy przechodząc obok niej zastanawialiśmy się: wejść, czy szukać czegoś dalej?, słońce, rozpryskujące się oślepiającym światłem na szybie odbijało kolor filiżanek, a my powolnym, rozleniwionym krokiem zatopiliśmy się we wnętrzu lokalu, zajmując miejsca przy stoliku, który został martwym towarzyszem "z teraz". Tajemniczy mężczyzna patrzył na mnie tak, jakby doskonale wiedział, o czym myślę, jakie obrazy przywołuję i ile one dla mnie znaczyły, znaczą. Wizja "sprzed teraz" znikła, zastąpiły ją ściany w drewnie, skąpe światło żyrandoli i kilka świec z baru. Starałam się skupić swój wzrok na filiżance, i smaku kawy, lecz mężczyzna, ten mężczyzna z kuflem spienionego Budweisera. Wtem do lokalu wszedł mój kompan "sprzed teraz". Zupełnie odsłoniona, niezdolna do kamuflażu, nie mogłam pozostać niezauważona. Kompan "sprzed teraz" przyjaźnie kiwnął dłonią na powitanie, uśmiechnął się i podszedł. Zamieniliśmy ze sobą kilka oszczędnych zdań, nie mówiąc tak naprawdę niczego. Wreszcie mój kompan poszedł do innego stolika, by rozmawiać z innymi ludźmi, a ja mogłam wrócić do niespiesznego wróżenia z fusów, coraz bardziej widocznych na dnie filiżanki. Mężczyzna z naprzeciwka uważnie przyglądał się całej sytuacji, jakby analizował najmniejszy ruch mięśni na naszych twarzach. Właściwie miałam już wyjść z knajpy, gdy tajemniczy nieznajomy podszedł do mojego stolika. Jego ciemne oczy budziły zaufanie, lecz i ostrzegały o surowości jegomościa. Zdawało się, że ocenia każdy mój ruch. Zapytał chyba, jaka jestem. Odpowiedziałam, że "traurig", że "smutna". Dalszej rozmowy nie pamiętam. Wyszliśmy wreszcie na zewnątrz, ściemniało się. Ostatni widok, jaki zapamiętałam z tego snu to spienione fale nocą.

Wyszperane w sieci :)

Brakuje mi pewnych szczegółów, żeby poskładać ten sen. Kilku drobiazgów. Urywków rozmów. Przez moment myślałam, że ten tajemniczy mężczyzna mógłby być Bogiem Czy Kimś, ale teraz dochodzę do wniosku, że to było moje Sumienie, moje spersonifikowane Sumienie .
Jakkolwiek: podobało mi się - budziło szacunek. Podoba mi się też myśl, że mogłam usiąść naprzeciw niego i nie spuściłam wzroku, mimo niektórych nadwyrężeń. ;)
I ten zegar... niepokojący? Złowrogi? Obojętny? Kolejny.


Laponia przemieniła się w Krainę Wodospadów i Strumieni. Błota po kostki, woda kapała z dachu, z daszku karmnika nawet.
Spacer zaplanowany na dziś nie odbył się - Żaba wystawiła nos za drzwi i zwiała do kuchni. Psota nawet nie próbowała postawić łap na śniegu. Postanowiłam więc zgarnąć psiarnię do pokoju i tam urządziliśmy zawody w to.. która psina zaśnie szybciej. Na szczęście Szach jeszcze nie ma takich nawyków i przynajmniej z nim mogłam się bawić bezkarnie, budząc tym samym zazdrość w Jovanie, który manifestacyjnie odwrócił się do mnie plecami i chrapał dalej.

I Szach we własnej... flaneli ;)

Szczeniak powoli uczy się aportowania. Coś czuję, że zanim trafi do Dziadków przejdzie całe szkolenie: już oddaje rzucaną zabawkę, uczy się stójki; przed nim podawanie łapy i przybijanie piątki :)

Nadobranocnie muzyczka gra - dla Czesia od Czesia... Uwodzi mnie, muzycznie mnie uwodzi Violin girl Czesława M.:



Tyle na dzisiaj. Pora spać, bo... śpiąco mi już :)

11 komentarzy:

soy :) pisze...

Uwaga, koment zupełnie nie na temat ;) Ja Ci muszę powiedzieć, że uwielbiam do Cię dzwonić;) tak mi się fajnie z cześkiem gada, że aż dziwne jak nam to łatwo wychodzi moja ty antyspołeczna babo;)

Malutka... pisze...

:) No miło mi bardzo!
Poza tym siedzę i kwiczę ze śmiechu, z tej baby antyspołecznej - a czy nie mogłabyś mianować mnie antyspołecznym Czesiem??? ;D

soy :) pisze...

Nie, cześ jest babą i pora się z tym pogodzić :P

Malutka... pisze...

Cześ jest Czesiem!

Sławomir Fieckowicz pisze...

Niegrzecznie pozwolę sobie ocenić Twoje sny;P Ten pierwszy jest wspaniały - surrealistyczny - właśnie taki jakie lubię najbardziej. Drugi, trochę naciągany - zbyt prozaiczny, jak na mój gust oczywiście.

kalliope pisze...

Soy na kawę się z Nią umów, a dopiero zobaczysz jaka jest fajna!
Pozdrawiam dziewczęta :)
(Sławku i Ciebie też)

%)

soy :) pisze...

Umówiłam, na łyżwy też :D Jak ja tam wpadnę, to się biedna załamie;)

kalliope pisze...

obawiam się, że mnie to też dotknie...

no już się cieszę! doczekać nie mogę!!!

:P

soy :) pisze...

Ojej, ja Wam już współczuję :D;)

Magda pisze...

Magiczne sny Czesiu:)

Kiedys miałam wielobarwne sny, emocjonalne i bardziej realne niż to, co przy otwartych oczach.

Obecnie zapominam, ale
dziś przysniło mi się, że latałam samolotem pasażerskim bez dachu. Szczegóły ulatniają się jak tylko podnoszę kołderkę powiek.

Malutka... pisze...

Cześć Sławoj :) Domyśliłam się, który sen podobał Ci się bardziej. Dla mnie ciekawszy był sen nr 2, bardziej dotykał spraw istotnych, przekładalnych w codzienności :)
Ps. Dziś też się lenisz w zmrożonym Słupsku?

Kalliope, Soy/ Soy/ Kalliope: te łyżwy i kawa pewnie w trójkąciku nam wyjdą ;) Byle szybciej... :D

Magda takie sny jak Twój z pasażerskim ptakiem zdecydowanie lubię...
Ja miałam cykl pociągów, klatek i bomb w metrze :)
To jest niesamowite, realność i detale w snach: muzyka, zapachy, nawet dotyk. Taka śniona, magiczna rzeczywistość...