poniedziałek, 22 marca 2010

"Czas jak rzeka, jak rzeka płynie..."


Nie zaglądałam tutaj od czterech dni, ale cóż to były za dni!!! :) :) :)

Wbrew wcześniejszym obawom - uśmiech nie schodzi mi z ust. Mój dobry humor odbija się od wszystkiego, co dokoła mnie... I jakoś tak mi spokojnie, błogo w środku, co przekłada się na RADOŚĆ w postaci czystej! Łatwiej zasnąć, łatwiej wstać z łóżka, łatwiej przebrnąć przez codzienne obowiązki. Jest tylko mały mankament: napływ myśli pędzi w mojej głowie, niczym wyścigówka wyścigowa numer 6 na wyścigach wyścigowych . Stąd krótkość zdań - żeby nie umknął mi ich sens. Zdolność kojarzenia wzrosła o jakieś 150%. ;P

Małe zestawienie tego, co się działo podczas mojej niebytności:

* Impreza u Niego w piątek- wielkie ognisko za domem - pierwsze w zadziwiająco ciepłą noc marcową. Paliło się sheeshę z tytoniem o smaku malagi (prosto ze Sudanu). Całość prezentowała wielkie nicnierobienie studentów i niestudentów: były rozmowy o Cejrowskim, granie na dżidżeridu. Zebrała się cała ferajna - nasza akademicka paczka plus ekipa domowych, a słodki, upojny klimat unoszący się w powietrzu narzucał się wszystkim jakimś lirycznym wyciszeniem, choć gwar i śmiech przebijały się echem między nami. Podkreślić należy, iż wreszcie udało się zebrać wszystkich na Sarmackiej (no, Misiaka nie było - ale akurat wyjechał do domu)...

*Sobotnio... No tutaj to będzie dłuższy opis ;) Wieczór panieński Marleny, który tak pieczołowicie organizowała Aneszka udał się nam wybornie (mam na myśli nas dwie, bo...hmmm, chyba bawiłyśmy się najlepiej - obie w swoim żywiole). Udało mi się wreszcie wlać w siebie alkohol w ilości przekraczającej jeden kufel piwa - pełen sukces ;D A oto my dwie: -Red Aneszka i Black Cześ :


Najpierw zlot w Wesołym Rogerze, później przedefilowanie z winkiem dziadka Władka przez rynek, by zakotwiczyć w Brogansie. Tam (chyba) urwał mi się film (pierwszy raz w życiu), choć po skonsultowaniu z wszystkimi obecnymi udał mi się odtworzyć te kilka godzin i wierzcie mi: działo się, działo... Wniosek z tego taki, że Cześ is the monster zabawowy, tylko musi mieć do tego odpowiednią kompanię/ szampanię. Wieczór udaję za udany; wyglądałam bosko, czułam się bosko i rozrabiałam całkiem, całkiem.
I choć panna młoda była nieco przygaszona i niegramotna w temacie "bawmy się" - reszta korzystała ile wlezie, że tak to kolokwialne ujmę ;) I Izu poznała chłopaka, który wczoraj zaprosił ją na naleśniki (podobno były pyszne). On wytańczył się na całego, choć raczej nie ze mną, ale to szczegół nieistotny zupełnie :) Aneszka wyszalała się przy boku Piotrusia. A ja - miałam przerwę na mały spacer, by "zjeść co nieco" w towarzystwie Młodego ;) Powrót do domu brutalnie przerwał czar wieczoru...

*Dzisiaj to już trochę lżejsze sprawy. Wyspałyśmy się. Poszłam na zajęcia (40 minut wykładu). Po czym udałyśmy się z Aneszką na Maltę, by dokupić jej cosia fioletowego do fryzury, nie znalazłyśmy nic ciekawego w tym temacie. Zamiast tego uposażyłyśmy znów Kazika - ma teraz klatkę z prawdziwego zdarzenia, dwie różne karmy i naszą miłość względem niego ogromną (choć ta to już dużo wcześniej się narodziła)... Oto Kaź i jego nowy dom, z którym przemierzyłyśmy pół Poznania, albo i więcej :)


Kazik jest jeszcze nieco oszołomiony, z trudem zwiedza klatkę, wdrapuje się do tunelu - zaprzyjaźnił się za to z kołowrotkiem, którego skrzypienie mogłoby zabić, ale spotkanie go z oliwką dla dzieci odniosło pożądany skutek.


Wyczerpał mnie nieco wypoczynkowy weekend. Ale mam siły na resztę tygodnia - w czwartek jadę do babci, Aneszka ze mną ;) Byle do czwartku.

A tutaj zajrzę, jak znajdę czas, bo czas, jak rzeka, jak rzeka płynie...

Pa ;)

3 komentarze:

abnegat.ltd pisze...

Rozumiem ze zdjecia bardziej Czesia w zestawie nie bylo?
;)
Dobrze slyszec ze jest dobrze.

kalliope pisze...

Panna Młoda zapewne stres ogromny przed ślubem przeżywa, tymczasem Ty Malutka kwitniesz :)
TAK TRZYMAĆ

Malutka... pisze...

Abi - bo Czesiu mało fotogeniczny jest... I problem odpowiednią fotkę znaleźć, by na człekokształtnego Cześ wyglądał ;)

Kalliope - z panną młodą jak z pogodą: nigdy nie wiadomo co będzie...? A ja - no cóż: Cześ w wersji wiosennej może przypaść do gustu...? ;)