piątek, 5 czerwca 2009

Wrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr

Nie chcą mnie w domu. Zaczynam od tego, bo to wątek godny opisania. Po prostu nie opłaca się jeździć po mnie na stację w te i z powrotem... Za każdym razem do pokonania 25 km, a specjalnie fatygować się nikomu po mnie nie chce - no cóż, masa pracy (wiosna, rolnicy i te rzeczy). Bo co komu po tym, że przyjadę w sobotę rano, w niedziele wrócę do akademika i od nowa szopka w środę przed Bożym Ciałem... I w sumie chciałam posiedzieć w akademiku sycąc się sama sobą i pracując dzielnie nad tym, nad czym pochylić się powinnam.

Poza tym: napisałam 4 noty recenzyjne złożone z 500 znaków na ten sam temat(gniot Pilcha - Marsz Polonia) - ci, którzy próbowali czegoś takiego wiedzą, że to niełatwe. Za mało przestrzeni, za mało miejsca, a tyle chciałoby się o tym niewypale napisać :D

Egzamin z angielskiego zaliczony na 4 :) Duma...

Gapiłam się dzisiaj z okien uczelnianych na deszcz, który rozbijał się o dachy i kominy przemysłowe. Szaro, buro, zimno i nieprzyjemnie. A ten deszcz, taki był dziwny, wyjątkowy. Zacinał, miotał się. Szaleńczy, nieopanowany. Świeży. A za szybą chowałam się mała ja... Poczucie tego, jak mały jest człowiek bywa straszne, ale podnosi na duchu - człowiek staje się częścią tej całej układanki życia, tego wszystkiego, co łączy się w łańcuch istnień, co spaja atomy, komórki i te inne tam... I nagle przebiło się słońce, na nie dłużej niż 5 minut - ale efekt - olśnienie, blask i tęcza, której bym się tam nie spodziewała :)

No i na koniec: zaczynam wariować. Brak mi... Jego...


Wyszukane w sieci :)

Brak komentarzy: