Jakoś się to kręci. Ja. Uczelnia. Może praca? Akademik - to z pewnością.
Wczoraj się: dokształcałam, dyskutowałam, marudziłam i piłam sok grapefruitowy w KULTOWEJ, ale po kolei.
Poranek zaczął się koło południa. Nocka z Agą musiała się skończyć śmiercią budzików. No w końcu my dwie zawsze znajdziemy powód do tego, by kolejny wątek rozwinąć, pochylić się jeszcze nad czymś: tym razem: mężczyźni (to za co ich lubimy, ale i za co nie lubimy), metody wychowawcze stosowane współcześnie - hehe, zwłaszcza te, które praktykowali nasi rodziciele i ciała pedagogiczne na poszczególnych etapach edukacji, a także motyw świadomości czynu u dzieci - czy je zamykać w gettach Giertychowych, czy raczej leczyć, walczyć o nie z nimi samymi niejednokrotnie. Wnioski: kiedy rozmawiają ze sobą dwie osoby, otwarte na poglądy tej drugiej strony, kiedy brak jest agresji, podniesionych głosów, krzyków i tekstu: "mam zawsze rację" - konwersacja staje się ucztą mentalną i intelektualną - jak ja to lubię :) :) :)
Kolejna dyskusja wywiązała się przypadkiem. Zupełnie niewinny początek - ot Pan Doktor Maciej, autor jednego z blogów najulubieńszych - stał się ekspertem (zupełnie nieprzypadkowo :P ) w kwestiach medycznych: zagadnienia opieki paliatywnej, problem z morfiną, kwestie specjalizacji, geriatria. Ale nasza gg- konwersacja przekształciła się w filozoficzno- teologiczno- etyczną rozmowę o dwóch gigantach: prof. Polak i prof. Salij - teologia na najwyższym poziomie i odejście od niej... Hmmm... Do tej pory starałam się w to nie zagłębiać, bo profesora Polaka znam... A Maciej zna Salija... Kolejny wątek naszej 3 godzinnej klawiaturowej paplaniny to język staro- cerkiewno - słowiański i podręcznik Bartuli - jak miło, że ktoś nie ma z tym najmniejszych problemów (ale dlaczego to nie jestem ja?!). Uwielbiam uczucie tego, że ktoś traktuje mnie poważnie, że możemy rozmawiać na podobnym poziomie, a przede wszystkim, że moja wiedza niepełna nie stanowi bariery... A Maciej??? Oby więcej takich w narodzie, oby... Ślicznie dziękuję :)
Potem odrobinę poświęciłam się pisaniu pracy, ale jakoś niespecjalnie - namówiłam Agę do wcześniejszego powrotu z czytelni i gotowałyśmy obiadek: makaron ze sosem śmietanowym curry - i czemu zawsze mi to lepiej wychodzi, kiedy jestem sama??? Wcinając, aż nam się uszy trzęsły, oglądałyśmy nieśmiertelny Twin Peaks. A wieczorem - wyprawa na dwa soki grapefruitowe do KULTOWEJ. I chociaż nie jestem zwierzem barowym czułam się całkiem dobrze, aż dziw. Już po chwili totalnie rozluźniona sączyłam swój soczek. I chłonęłam atmosferę najlepszej knajpy w Poznaniu - zaprzeczyć się nie da! Ale mam też swój wniosek z wieczoru: ja jestem bestią barową, ale w godzinach 15 - 19... Później jest za pełno i za głośno - i wiem, że piszę herezję...
Po powrocie: jeszcze Twin Peaks, Ewa, papierosy, spanie... Tak na marginesie: special agent - Dail Cooper przypomina mi niesamowicie pewnego dentystę- sadystę. Ale i tak jest najjjjjjjjj!!!
A teraz: wstałam trochę później niż planowałam, napisałam prawie stronę pracy i piszę tutaj. Muszę jeszcze posprzątać. Planuję wyjście do Kościoła. I na małe zakupy. Tylko jakoś tak szaro za oknem... I mi w środku też trochu ciemno, mroczno - pewnie reakcja organizmu na brak Drugiej Połówki...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz