
Pogoda jest parszywa. Myślałam, że Morze i Pomorze zareagowały deszczem i wiatrem silnym na mój odjazd - takie swoiste romantyczne pożegnanie mnie przez naturę... A tu się okazało, że mam zbyt wybujałą fantazję :( Poznań mrozi, ziębi i wcale się to nie podoba - nawet nie mnie samej jako tako - tylko mój organizm odmawia mi posłuszeństwa w geście protestu... Drastycznego protestu, niestety - bitwy z własnym pęcherzem do przyjemnych nie należą, ale ja nie o tym mam pisać :)
Pogodziłam się już z powrotem do normalnego życia, które oznacza czas oddalenia od Niego. Na szczęście tylko oddalenia fizycznego - w kwestii relacji wciąż blisko, ciut bliżej może? ;) Jest dobrze. I poradzimy sobie wyśmienicie z czasem do następnego spotkania. (Aż chciałam napisać widzenia, ale to mi jakoś tak więziennie zabrzmiało). Mam zamiar czas ten wykorzystać maksymalnie, wszak egzaminy już ustawiają się szeregiem w kalendarzu... SESJA ;/;/;/
Kolejna sprawa: należy się tutaj odrobinę dłuższe sprawozdanie z d ł u g i e g o weekendu, gdyż ten, jakby na to nie patrzeć, szczęśliwie rozpoczął się już wtorkowym wieczorem na słupskiej stacji kolejowej, wprost w ramionach Tego Jego :) A trwał prawie sielankowo do poniedziałku południa, dokładnie 11. 58. I było wszystko: piekło, czyściec, niebo - dokładnie w tej kolejności - ma tak jakoś dziwnie mamy, chyba musimy się na nowo do siebie przyzwyczajać.
Środę lub czwartek (nie pamiętam już dokładnie - efekt nadmiaru wrażeń) spędziliśmy w Ustce.
W tym miejscu powinna się znaleźć oda ku czci morza i temu podobnych tworów wodno-piaskowych :) Dawniej byłam zagorzałą wielbicielką tylko i wyłącznie gór, a morze, jak to morze: było, bo było, ale mnie, delikatnie ujmując, doń nie ciągnęło. Teraz jednak jestem zachwycona :) Kolory i odcienie wody, ten piasek, który grzał stopy, czasem je raniąc muszlami wyplutymi na brzeg... Latarnia morska i pot, i molo, które sprawiło, że poczułam się na moment, jakbym znalazła się baaaardzo daleko od brzegu. I chwila była idealna do spacerów plażą: nie było jeszcze turystów wielu, raczej miejscowi tubylce. Jakaż była różnica, gdy wybraliśmy się ponownie, 2 V : początek sezonu, molo i deptak prawie szczelnie zapchane - na szczęście wiaterek sprawił, że plaża czarowała przestrzenią i swobodą. Tylko jedno mnie martwi, trochę nawiązując do Włatców móch : plaża nie jest miejscem dla psów i innych takich czworonogów kochanych!!! Pani Frał mówiła, a ja powtarzam (raczej odtwarzam w pamięci przesłanie, bo cytatu dokładnego nie jestem w stanien podać ;) : małe dzieci, które lubują się w braniu do buzi tego, co się akurat nawinie, narażają się na różne choróbska - nie pozdrawiam mikrobów. I nie ma zmiłuj! I nie ma ale! To rzeczę ja: Cześ nad Czesiów!!! Podsumowanie Ustkowe: zakochana, zafascynowana, mam nadzieję, że szybko nadaży się okazja, by tam powrócić i poczuć powiew morskiej bryzy, tego słonawego powietrza. Ps. w Ustce jadłam najlepsze masełko ziołowe pod słońcem... :) :) :)
Mój Mężczyzna oprowadził mnie też po Słupsku. Tym razem nasze wyprawy stanowiły już bardziej ucztę dla oka - poprzednio starałam się zapamiętywać co, gdzie i jak. Teraz tylko wlepiałam swoje ciekawe oczęta w tło murów, wszechobecną zieleń i kwiaty wyrosłe z 85000 cebulek tulipanów. Aż kręciło mi się w głowie... Do tego zobaczyłam fabrykę pysznych cukierków i jadłam najlepszą pizzę - reklama: najlepsza pizza w Polsce - w Słupsku (sprawdziłam na sobie - poznańskie pizzerie nie dorastają słupskim do pięt).
Czas miedzy jednymi spacerami, a kolejnymi wprawami krajo- i rozrywkoznawczymi wypełniało nam słodkie próżnowanie, pieszczoty i celebrowanie nas samych (należy to pojęcie rozumieć baaardzo szeroko). W każym razie rozczuliły mnie niesamowicie stokrotki i Misie Tuli-tuli. Niesamowite jest jak gładki potrafi być dotyk i jak ciepły bywa oddech na karku...
A potem ruszyłam do domu, poprzedzając to całonocną debacie na temat polszczyzny baroku, Pamiętników Paska i innych takich intrygujących zagadnień humanistyki ogólnie pojętej. Warto było zarwać nockę :)
Ze spraw bierzących: piszę recenzję z Wydania poprawionego, pracuję nad pracą egzaminacyjną o opiece paliatywnej i uczę się się do egzaminu z angielskiego. Za mną: Noc listopadowa - na jutrzejsze/ dzisiejsze ćwiczenia. No i tylko na marginesie: prawda, fałsz, kłamstowo: relacje, powiązania, różnice - erystyka i retoryka i siedziałam zasłuchana wyjątkowo, zaciekawiona i chłonna, tylko nieuniknione wstawki z logiki zaburzały moje skupienie.
No i mam w pokoju bzy. Dużo. Sama zrywałam z krzaka. I pachnie gałązkami fioletowymi (czy jak się tam ten kolor nazywa :) cały korytarz... Wiosennie tu, lekko, przyjemnie.
Dobry dzień. Noc będzie podobna, mam nadzieję. I tego życzę wszystkim :)
3 komentarze:
Ja znam jedną jedyną dobrą pizzerie w Poznaniu :P Jeśli ktoś lubi mega ostre jedzenie! Cieszę się, że udał Ci się weekend. Lubię wiedzieć, kiedy ludzie się uśmiechają.
Uśmiecham się baaardzo :) I dobrze mi :) A co do pizzy w Poznaniu - ja też myslałam, że znam lokale z pysznościami pizzowymi - ale w SŁUPSKU jest o niebo lepsza :) Mam tylko nadzieję, że nadal będę w stanie ze smakiem wcinać w Poznaniu wloskie specjały :D
Oj Ty... Bohunowe Dziecie :P Czytać Cię - aż strach od tych namiętności Twoich i reszty przemyśleń
Prześlij komentarz