I nikt nawet nie próbuje doszukiwać się choćby drobnych pozytywów.
Na dole trwa dyskusja o tym, jak bardzo nie mam pojęcia o życiu, o tym, że jeszcze mi ten "naiwny" idealizm wywietrzeje z głowy, że jak większość dziewcząt spotkam chłopca pięknego, który w 3 dni po ślubie będzie mnie tłukł, łamał mi żebra, a ja będę słodko szeptać, że go kocham, że będę mieszkała na garnuszku u rodziców lub teściów, albo w innej popapranej komunie, że nie będzie starczało na chleb z wypłaty czy zasiłku, że nie będę mieć psów ani kóz za domem, bo mi się odechce, tylko dzieci kolejne będzie trzeba państwu oddawać na wychowanie, że, że, że, że, że...
A na moje pytanie: to po cholerę żyć i dążyć do czegoś? (bo przecież rozsądniej od razu palnąć sobie w łeb) pada odpowiedź: "Bo każdy musi ponieść swój krzyż".
Że też franciszkańska wizja Boga i boskości stworzenia wszelkiego się nie przebiła... Może byłoby wtedy milej, przyjemniej, jaśniej i radośniej?
(Fakt, że w okolicy jest kilku "udaczników", także myślenia nie zmienia... Historie przykładowe: Karola, który chciał zostać lekarzem, a teraz jest uznanym chirurgiem; dwudziestoczteroletniego Damiana jeżdżącego wymarzonym samochodem, budującego piękny drewniany dom; Zośki, co to dzieci w szkole chciała uczyć, a dziś jest dyrektorką liceum dobrego; Anki, która marzyła o podróżowaniu i w tej chwili uczestniczy w wyprawie na któryś z ośmiotysięczników - nic nie znaczą. Tak, jakby nikt o nich nie słyszał).
Zaczynam zazdrościć Amerykanom, że oni swoim dzieciom od początku dopingują, że motywują je i tak dalej, zamiast jak u nas - podcinać skrzydła jeszcze przed lotem. I nawet, gdy kryzys, gdy narzekania i tak twierdzą, że są najlepsi, że zrobią, osiągną - o slumsach mówi się rzadko, odwrotnie niż u nas, jakby cała Polska slumsami stała, nad którymi pieczę Ojciec Radiowiec dzierży modląc się i modląc, o mniejsze cierpienie, o mniejszą biedę, o mniejsze bezrobocie, za ostatnie babcine talary.
Matka Rosja nawet lepsza, bo wiara w ludzie prostym w kraj i w moc w kraju tkwiącą - u nas już nikt w nic nie wierzy, no, może poza emigracją, bo o życiu na obczyźnie myśli się z nadzieją, że łatwiej, sprawniej, zamożniej, kompetentniej, pogodniej, rozsądniej.
Plan i zamiar - niczym są, nie istnieją, bo przecież się nie da.
To może lepiej przywrócić spartański sposób wychowywania, przyzwyczajać od małego do trudów, niewygód i wysiłku, do katorgi, do szamotania się - które w starciu z rzeczywistością nie wypali się niepowodzeniami, twardo stąpając po rozżarzonej, zarzuconej kłodami ziemi, a nie karmić dzieci bajkami o bohaterach i innych książętach czy królewnach - wszak nie ma nic gorszego niż powiedzieć dziecku, że to były kłamstwa i steki bzdur, a szkoła i studia to ściema na kółkach - i tak skończy na kasie w Żuczku lub z miotłą będzie po krawężnikach tańczyć...
5 komentarzy:
Ostatni akapit to mi znienawidzoną Historią wychowania pachnie...a kysz z takimi cudnymi wytworami ludzi nieznających sprzeciwu...
Oj, widzę, że doły bardzo głębokie... Cóż, Polska jest do bani, tyle wiem, ale mam wciąż jakąś głupią nadzieję, że może być lepiej.
Chyba tak łatwiej żyć. No i dzieciom zawczasu powiedzieć, że hańbi tylko lenistwo, a nie żenująca praca.
Cóż... trzymaj się. Może to jesienne ciemnoty tak Cię przybijają?
Soy, masz rację, poniosło mnie :DDD
Antku, nie takie głębokie te doły, ten post był raczej odzwierciedleniem myślenia wokół, choćby w moim domu.
Praca pracą, dla mnie ważne są też: konsekwencja i jakieś poczucie obowiązku, nadające kształt i charakter temu, jak żyjemy, jak chcemy żyć, bo zupełna swawola prowadzi do gnuśności i lenistwa skrajnego...
Pozdrawiam ;)
Czesiu, świat jest takim, jaki sami go sobie stworzymy i nie ma znaczenia, gdzie żyjemy. Ważne jest, żeby przeżywać swoje życie wg własnego upodobania, własnych przekonań. Jak komuś szaro, to niech dalej tkwi w tym przekonaniu (o ile nie jest to chwilowe podłamanie), a my trzymajmy się ciepłych barw.
Kama, no i kto komu filarem? ;)
Prześlij komentarz