poniedziałek, 13 września 2010

ciiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii

A dzisiaj mi tak i Nim... Jutro o tym coś więcej skrobnę...


piątek, 10 września 2010

...

Gonić za wiatrem

Pobiec za podmuchem wiatru

Dogonić liść sunący po niewidzialnym

Oceanie i zatonąć w jego toni

A później położyć się na samotnej

Opuszczonej plaży

I przemienić w rzeźbę piaskową

Stać się ziarnem w klepsydrze

I odmierzać czas dobra i zła samym sobą


Na pewno


Nie lśnić pustym złotem

Nie smakować jak poziomki latem

Jedynie stać się przyprawą każdego deseru

Cynamonem

I liśćmi mięty


Naprawdę


Dać się dotknąć

Tylko kilku osobom

Stać się jedwabiem na czyjejś skórze


Na zawsze


Darować sobie żal

I o goryczy zapomnieć


Na razie


Pójść na polanę

Wczesną wiosną, nie latem

Nie kiedy inni robią sobie posłanie

Na mchach soczystych

Przemienić się w źdźbło trawy

I zatańczyć w melodii wiatru

A później schować kroplę porannej rosy

Do kieszeni spodni niebieskich

Jak niebo najpiękniejsze bez słońca i obłoków

Zamieszkać w chatce na drzewie

Razem z wiewiórkami rudymi

Jak kłamstwo przebrzmiałych przesądów


Na pewno


Naprawdę można pokochać

Samotność na zawsze wśród brzóz

Na razie magia zasypia przy każdej możliwej okazji

Wyszperane w sieci... :)

Jakoś beztreściowa dzisiaj atmosfera. Miało być bez słów zakapitowanych. Dlatego myślnik, Może zrobię z tego jakąś tradycję?




Miłego pod- wieczoru ;)

czwartek, 9 września 2010

o imionach

6. 20 - wychodzimy tercetem ze zbiorczego. Żartujemy z nieudaczności Micha Zmieniającego, nie kryjąc radochy jaką nam sprawia przyłapywanie go na gafach głupiutkich.
Swoim ułańskim zwyczajem - nie spoglądam na ludzi wokół, tylko na niebo. I co widzę? Tęczę: śliczną, wyraźną, wkomponowaną w poranne niebo, już lekko zaróżowione, ale nadal szarawe... Optymistycznie dzień zaczęłam chyba...

Nocą, w ramach przerwy od sortowania defektów dorwałam Księgę Imion Polskich. I się zaczęła zabawa. I byłoby (w skrócie) to mniej więcej tak:
* zacznę od siebie: Pauliny są skryte, zamiast mówić - piszą i generalnie wolą trzymać się z cholernego daleka od ludzi, taki trochę autyzm z nutką ambicji w tle;
* Agnieszki wnoszą do życia otaczających ich ludzi powiew młodzieńczego zapału i pasji, lubią się bawić i łatwo popadają ze skrajności w skrajność;
* Irminy rodzą się w polskich rodzinach, których historia splata się jakoś ze sąsiadami z Niemiec, lubią porządek i władzę;
* Sławomirowie to egoiści, którzy nie kierują się dobrem innych, a jedynie własnym, opierają się na argumencie: bo tak, no i są rozrywkowi;
* Wojciechowie mają naturę pedantyczną, nie uznają przerw w pracy, lubią przewodzić i jakoś im tak rodzinnie;
* Jarosławowie szybko tracą kontakt ze swoimi dziećmi, bo wprowadzają do wychowywania system tyrański, poza tym są szorstcy wyjątkowo;
* Michałowie lubią samodzielność, zmianę miejsc i możliwość udowadniania światu i sobie, że są najlepsi, narcyzi straszni, a w dodatku z zacięciem naukowym;
* Lucjanowie: dusze towarzystwa, strasznie zaangażowani w przeżywanie sztuki, ale jakoś mniej duchowo, bardziej estetycznie, fajtłapy;
* nie pamiętam, co o Mirosławach było :///

Wniosek nr 1: większość pasuje i do mnie, i do Aneszki, i paru innych znanych nam osób...
Wniosek nr 2: niezły mieliśmy ubaw podczas czytania, dużooo dystansu trzeba mieć, by przetrwać drwiny innych.
Wniosek nr 3: jakoś tak raczej negatywnie w tej książce o ludziach...?
Wniosek nr 4: jak już kiedyś będę miała mieć dzidzię, to chyba prześlęczę nad taką książką kilka nocy, żeby dziecka imieniem nie skrzywdzić, nie pokarać za grzechy praojców/ pramatek...

I żeby nie było: rekonstrukcja z pamięci.
Proszę o nie obrażanie się posiadaczy imion przeze mnie wybranych za to, co w książce napisali, a ja powtórzyłam, ślicznie proszę ;)
To taka mała perełka z wczorajszo- dzisiejszej nocy.


Wyszperane w sieci :)

Dobra. Koniec.
Bredzę przedsennie, przeddobranocnie i w ogóle, bo Mich jeszcze jest w pokoju (lada moment wychodzi) i nie zasnę nim nie zapadnie kompletna cisza sprzętów użytku domowego: kranów, czajników, walizek i innych obcasów.

środa, 8 września 2010

spałam, spałam, tralalala, spałam :))))))))))

Po wariackim dniu i jakże ciężkiej nocce, przychodzi wreszcie człowiekowi do głowy, żeby się wyspać i mam w końcu patent na moją bezsenność: zwyczajem znanym naszym mamom - ukołysałam się do snu muzyczką... Puściłam Norkę, Leszka M, jakąś Anitę i trochę Kate M. Podziałało dzisiaj - zobaczymy, czy jutro też da radę ;)

Z dialogów roboczych:

- Panie Głównodowodzący, a jak z tym nie zdążymy teraz? - pyta kolega M. (lub P. - nie pamiętam dokładnie) około 4 nad ranem
- A czym się przejmujesz? Dzisiaj też jest noc - pada szybka odpowiedź Głównodowodzącego.

- A w nocy to co robisz, że na palecie zasypiasz?
- A nie widzisz? P-r-a-c-u-j-ę!!!

- No, to koniec roboty na dzisiaj. Jest 18. 30. Spadamy - mówi Strażnik Ogniska Magazynowego o godzinie 6. 30. I jakoś wszyscy mu przytakujemy, bo faktycznie czuje się 18. 30.


Po dwóch tygodniach męczarni wszelakich przychodzi sobie do Malutkiej stała dnia i jakoś lżej się robi. Po dodaniu do tego prawie-wyczerpującej rozmowy z Aneszkiem jakoś to wszystko lepiej zaczyna wyglądać. Znów łapię grunt pod nogami, a przynajmniej zaczynam myśleć, że go mogę złapać, bo najważniejsze są dobre duchy :)


Plan ucieczki nadal aktualny, ale przesunięty w czasie.

Dzisiaj chcę iść do roboty na 18.
Wcześniej idę do filharmonii kupić bilet na koncert zatytułowany: Nie tylko Chopin, bo po pierwsze najfajniej się wydaje pieniądze, których się nie posiada ;) Po drugie mam ochotę się ciut umuzykalnić. Jest to też poniekąd konsekwencja słuchania poznańskiego Merkurego, z którego mam bieżące wieści: co?, gdzie? i jak? :)
Poza tym: może faktycznie czas trochę pokój ogarnąć? ;)


Przesłuchajcie, bo to z cyklu: nieocenieni Cześkowie i reszta świata :)

Z odkryć wczorajszego wieczoru, i się podoba ;DDD

Miłego dnia Wszystkim ;)

wtorek, 7 września 2010

psyt...

czy przyjdzie taki czas, gdy przestanę uciekać?


mam ochotę zrobić najgłupszą rzecz na świecie. póki mogę, bo mam na to fundusze. i wreszcie miałabym święty spokój. jeden bilet. w jedną stronę. w cholernie daleką stronę. choć nie aż tak daleką. i nikt już niczego by mi nie zarzucił, nikt niczego by nie oczekiwał. perspektywa szalona, ale się w mojej głowie kręci, jak baletnica śmigająca piruecik.

Wyszperane w sieci :)

określenie mnie z teraz? uciekinier z Alcatraz. hmmm: wieczny uciekinier z Alcatraz. i idzie mi znacznie gorzej, niż moim poprzednikom: Mirrisowi i braciom Clarence: jak już mi się wydaje, że zwiałam, to mnie wyławiają jako topielca i apiać od nowa.

Wyszperane w sieci :)

ps. znów nie śpię po robocie. znów nie śpię po robocie. znów nie śpię po robocie. znów nie śpię po robocie. znów.
ps. 2. dość. jadę zjeść coś dobrego od Kandulskiego.
ps. 3. zakochałam się w Merkurym: nocą nic mi lepiej nie robi niż słuchaweczki na uszach: w tle niezła muzyka, kilka fajnych audycji i do tego wyglądam nie-towarzysko. mam ciut spokoju w muzycznej oprawie.
ps. 4. dzwonił wychowawca z LO i z interku pytać jak się ustosunkowuję do podjęcia pracy w szkole od zaraz - nie ustosunkowuję się, bo "największa kara od Boga - zrobić z człowieka pedagoga" - nie ugnę się w tym względzie: przenigdy w życiu tego typu pracy nie podejmę!

niedziela, 5 września 2010

chwalę się :)))

Po pra-pra-pra- itd. człeku, takim Czesiom jak Malutka, zostało niewiele dziedzictwa, które jawnie się w teraźniejszości objawia.
Dawno temu ustaliłam, że interesuje mnie koczowniczy tryb życia i generalnie tyle.

Dzisiaj do tej listy dodać należy zbieractwo z "dasz Bór". No i lasy darzą...

Na terenie okalającym Gniazdo Rodzinne gruchła wieść, że sezon na grzyby rozpoczęty, ale słabo jakoś. Malutka dzieckiem lasu jest niezaprzeczalnie, stwierdziła więc, że zaraz po wypucowaniu domu w sobotę wybywa do swoich kniei (jak się mieszka w najbardziej zalesionej gminie Wielkopolski to to do czegoś zobowiązuje...), by się przekonać o słuszności stwierdzenia.
Do Malutkiej zapragnęła przyłączyć się Rodzicielka, więc zmodyfikowałam plan na opcję: im bliżej, tym lepiej, bo doskonale wiem, że Mama nie może za dużo chodzić. Uzbierałyśmy dwa całkiem pokaźne koszyki, "koszyczki" - patrząc z perspektywy moich dzisiejszych dokonań.
Dzisiaj pobudka o 5. 30 i wypad z ciocią. Znów blisko, znów "koszyczek" i chytry plan samotnego wypadu w "moje miejsca". No może nie do końca samotnego.

Malutka zawsze, gdy ma taką okazję, zabiera ze sobą psa do kompanii. Jovan jest już za stary i niedosłyszy, Żaba boi się wystrzałów, więc padło na Kotka - przepraszam - Psotkę... Uposażyłam się po mojemu: niewielki scyzoryk, woreczek orzeszków ziemnych*, duży kosz druciany i telefon na wypadek ugryzienia przez "zygzaka"** (w naszej okolicy jest ich w tym roku wyjątkowo dużo).

Uwaga chwalę się!!!
Po jakichś dwóch godzinach wróciłam z tym:


Objaśnienia:
* orzeszki ziemne w celu posiadania czegoś "na ząb" i "na kieł", bo ja lubię, a Psotka uwielbia, od kiedy spróbowała pierwszy raz...
** żmija zygzakowata, Vipera berus, zmora pobliskich łąk i polan; było już kilka ukąszeń w okolicy :/

Ps. Najlepszy tekst jaki w życiu usłyszałam, z ust czterolatka-choleryka: "Wrzucimy do śmieciarki i na lotnisko" - oto recepta na to, jak pozbyć się dziadka, który nie chce dać wnusiowi kolejnej porcji słodyczy...

czwartek, 2 września 2010

"Do kołyski"

Załatwienie czegokolwiek w tym kraju z cudem graniczy. I to prawda, którą każdy zna, której w jakiś sposób na własnej skórze doświadczył.
Nawet zwykłej recepty, na zwykłe cukierki, które mam w kartotece medycznej uroczego ośrodka zdrowia wpisane, mogą być niedostępne.
Byłam po receptę, bo mi się cukierki skończyły, a to już czas na kolejną porcję frykasów i jak obuchem w łeb!
Lekarz właściwy na urlopie, lekarz zastępujący na urlopie, miła pani w recepcji nie ma prawa wypisywać recept... Na szczęście skłoniłam ją, by mi wypisała poświadczenie, kiedy się dohtory w pracy zjawią z uwagą, że wtedy to, w pierwszej kolejności, lek zostanie zreceptowany. W ramach dania mi dobrej rady śliczna pani w białym kitlu powiedziała bym udała się do rodzinnego, to mi wyszrajbnie papier.
Więc po 14 godzinach w robocie, ledwo powłócząc nogami, śpiąc na stojąco w tramwaju, udałam się do rodzinnego, a tam mały problem: urlop mości lekarza.
Kolejna miła pani poradziła mi, żebym z karteczką poświadczającą pochodziła po mniejszych aptekach osiedlowych, gdzie rzadziej kontrolują, to może się ktoś zlituje i mi lek sprzeda.
I się zlitowała, starsza pani farmaceutka, w aptece nr 3 mówiąc, że lepiej i tu cytuję: "zapobiegać, niż utrzymywać". Trochę nie wiedziałam cóż mogłabym jej odpowiedzieć, więc lekko zawstydzona podziękowałam tylko ślicznie.
Uf.

W pracy było dziwnie. Najpierw ciskałam się po kątach, potem ciskałam czym popadnie, by w końcu wyluzować - popadłam więc ze skrajności w skrajność: wybuchy niekontrolowanego śmiechu trwały przez jakieś 4 godziny. To dlatego, że włączyłam sobie na słuchaweczkach radyjko- Merkurego, a tam takie leciały nie- standardy, że wyłączyło mi się desperowanie.

A teraz desperuję od nowa: mobilizuję się Dżemową: Do kołyski... Wiem, niepotrzebnie. Ale inaczej nie umiem.


Mam milczeć. Więc milczę. Tylko Przema i Izz poprosiłam, by sprawdzili, czy trzymasz się jakoś sensownie. Chyba trzymasz się lepiej niż ja. Oby.

Faktycznie można mnie teraz określić mianem:
cień przeszłości. Cieniem też już jestem, takim dosłownym.




A do tej piosenki się śmieję... Na szczęście u mnie migotliwie, biegunowo: raz plus, raz minus. Toto na plus: