czwartek, 10 września 2009

po nocy naznaczonej piętnem: "czuwaj, nie zaśpij", przychodzi ranek naznaczony słowami: "i czuwanie zbędne, sen lepszy"....

no to wstałam. muszę iść wykupić książki do angielskiego dla brata i ekipy. tylko, że już mi się nie chce.

pieprzony dekadentyzm!

i obiecuję sobie, że nigdy więcej nie pozwolę zbyć się słowami: "muszę o tym jeszcze pomyśleć", bo to znaczy ni mniej, ni więcej, że "mam cię gdzieś, i tak zrobię to, co będę chciał", czyli: "będę leżał w łóżeczku i się nie ruszał".




Na szczęście mam masę pracy i planów zastępczych na dzisiaj. Spadam...

Ps. chcę już do szkoły, na wykłady itd.

wtorek, 8 września 2009

Poranek...

Wstaje co dzień wcześnie ranek,
cicho, lecz radośnie,
by napełnić czasu dzbanek,
by szeptać ku sośnie.

Klasyczne rano. Dochodzi 10 i pierwsza kawa zdążyła powędrować dróżkami tajemnymi do organizmu. Błogo. Lekko. Leniwie. Krakowska kamienica za oknem mojego poznańskiego pokoju akademickiego wygląda przepięknie, słoneczne promiennie z całą ostrością napierają na stare ściany i dach, dzwonnica u Dominikanów rysuje się na tle nieba z całą wyrazistością szkicu - ostro pnąc się ku obłokom, zbyt leniwym, by stworzyć w ekranie mojego okna pokaz ruchomy - wszystko zamarło w bezruchu, tylko gra barw i światło- cień unoszą się w powietrzu wibrującym nicością i wszechbytem... Religia istnienia budzi podszepty: do pracy, wstań, no już Leniu jeden...

więc wstaję, nabożnie...

najpierw wizyta w salonie Plusa
później praca (ale nie więcej niż 5 godzin)
potem nauka

;* ;* ;* ;*Wyszperane w sieci :)

Psijaciel ci wróg? Psijaciel ci wróg? Psijaciel ci wróg? No jasne, że przyjaciel! Tak na dobry początek dnia. Może to nie mój Józek na zdjęciu, ale Józek i tak się cieszy, że rodzinę jego na bloga mojego wklejam. Hmmm, i bardzo mi to odpowiada.

Miłego dnia :)

poniedziałek, 7 września 2009

Newsy!!!!!!!!!!!!!

* nie mam telefonu, rozwalił się doszczętnie, nie mam na nowy, a umowa obowiązuje przez blisko dwa lata ;/;/;/;/

* byłam dzisiaj w pracy... TADA 1 godzinę i 30 minut :D jakby kto pytał, moja asertywność nie wymusiła na Adze jeszcze 30 minut spędzonych na piciu mocnej kawy z mlekiem; buuuuuuuuuuuu (ps. Aga mówi, że była zdesperowana, skoro nawet kawą wzgardziła, bidullllllaaaaaaaaa)

* egzamin z literatury 25 :) DAMY RADĘ!!!!!!!!!!!

* ślub się odbędzie, a ja i On pobawimy się na weselu, oby lepiej niż w piaskownicy :) i nawet pojadę w autku ze Sławkiem zaserwowanym podwójnie :)

* byłam na pierwszym piwie od bardzo dawna... i piło się jeden kufel z dobrym humorem, zniesmaczenie było minimalne a piwo czeskie ;) a teraz będzie wieczór z likierem ttooffii i filmem :) chyba Hitchcoca poddamy próbie ogniwej i skonfrontujemy go z krwią pulsującą słodkim płynem :)

* rozmawiałam z Nim przez telefon - dla mnie to święto :) :) :)

* uwielbiam takie dni jak ten, drugi z rzędu naprawdę udany i z cięciami niebolesnymi dla budżetu :D :D| :D

* a i po kubku Knorra z 5 zupkami w każdym sobie z Agnieszką kupiłyśmy, a co, chemii nie można spożywać?!

nie mogę sie powstrzymać...

piszę PRawie o 2 naD raneM :) albo ledwIE o 2 w Nocy :D

jesT mi Teraz zE soBĄ dobRze :) Jest mi BłOgO i spokoJNie, HarMOnIJNie i leKko...

i Nie JEstEm piJAna piszĄc to cZcioNkĄ nieDbałĄ i niEcHlujną :)



tak sobie pomyślałam, że fajnie się pochwalić tym, że w tej chwili ulotność szczęścia tak bardzo zatraciła się w mojej duszy, moim umyśle, moim ciele;
choć wiele spraw trudnych przede mną - te najważniejsze przybrały już kształty właściwe i nie obawiam się o nie tak, jak było dawniej;
czasem wystarczy jeden dzień, jeden wieczór, jedna osoba (która nie jest mną), dwie pizze i filmy z tańcem w tle;

a dla koneserów mojego bloga - to, co właśnie zaiskrzyło słowem, obrazem i pięknem w mojej małej główce, a przecież to takie wielkie:

Biała magia

Krzysztof Kamil Baczyński, 4 I 1942

Stojąc przed lustrem ciszy
Barbara z rękami u włosów
nalewa w szklane ciało
srebrne kropelki głosu.

I wtedy jak dzban - światłem
zapełnia się i szkląca
przejmuje w siebie gwiazdy
i biały pył miesiąca.

Przez ciała drżący pryzmat
w muzyce białych iskier
łasice się prześlizną
jak snu puszyste listki.

Oszronią się w nim niedźwiedzie,
jasne od gwiazd polarnych,
i myszy się strumień przewiedzie
płynąc lawiną gwarną.

Aż napełniona mlecznie,
w sen się powoli zapadnie,
a czas melodyjnie osiądzie
kaskadą blasku na dnie.

Więc ma Barbara srebrne
ciało. W nim pręży się miękko
biała łasica milczenia
pod niewidzialną ręką.





niedziela, 6 września 2009

Czekam, wciąż, na co?

Jest niedzielne popołudnie, pociąg do Poznania, a w nim ja, lekko zmartwiona, ale wypoczęta. Atmosfera jesiennego ochłodzenia widoczna jest nie tylko po zmianie koszulek-niewidek na kurtki spoooore - zmienił się wyraz twarzy: widać większe skupienie, odrobinę dystansu i perspektywiczność jakąś taką (kampania wrześniowa u młodych, szkoła u młodszych i pociechy w domu do pilnowaniu u starszejszych).

Przede mną wrześniowe walki oporu z doktorem literatury pozytywistycznej. Boję się go. Ale: skończyłam czytać Bez dogmatu Sienkiewicza... i mam duże nadzieje na sukces... Poza tym? Obeznanie w temacie będę wyrabiała sobie spokojnie, etapami. Rzucam pracę i poświęcę się lekturom :) I tu pojawia się wizja bankructwa, ale cóż: coś za coś - lepszy suchy chleb i czwarty rok na filologii polskiej, niż opcja zgoła odmienna.

Chciałabym kilka słów o tym Bez dogmatu napisać, bo... niby Sienkiewicz, ale... polecam, naprawdę polecam. Tym, którzy ciągle poszukują rozwiązania zagadki: dlaczego robię to, co robię; skąd we mnie te a nie inne motywacje lub ich brak. Książka jest wyrazem dekadentyzmu zupełnego, samoanaliza, auto- spojrzenie charakteryzują głównego bohatera Leona (duży plus dla autora za wybór imion: Leon i Aniela: lew i anioł). Głębokie porywy poznawcze łączą się z błyskotliwym kierowaniem postacią. Taka wypaczona przydomowa psychologia, ale w formie bardzo znośnej... I tak sobie myślę, że właśnie kreacja postawy Płoszowskiego jest odzwierciedlaniem zachowań dzisiejszego pokolenia - dostrzegam mnóstwo analogii pomiędzy przejściami miłosnymi bohatera a dzieciaków i dorosłych ludzi nawet teraz (nie chcę konkretyzować do tego stopnia, by zmusić się do wystawienia siebie w pierwszym rzędzie).
I przypomniał mi się Werter Goethego przy okazji :)

Kolejna sprawa: znów gorzej z Jovanem, nie pozwala się dotknąć, skomle z bólu... Czasem udaje się przemycić jakieś leki przeciwbólowe z jedzeniu, zastrzyki otzrymuje rgularnie. A mi się płakać chce, kiedy widzę, że mimo to cierpi... Mały, czarny Pies!

Aha: i dostałam prezent od Brata :)

Miłego dnia wszystkim.

środa, 2 września 2009

Powtarzalność

Dzieci znów idą do szkoły; znów plecaki, książki, tornistry. Nieśmiałość nadejścia jesieni zupełnie inaczej prezentuje się w konfrontacji z chłodem, który przebija się przez ubrania nad ranem. Jakoś tak mniej zielono, więcej brązów i złota za oknami domów, domków...

A ja myślę o tym, jak bardzo powtarzalna jest nasza natura człowiecza: kocha się kolejne osoby (no, chyba, że mówimy o szczęśliwcach "raz a dobrze") i każda jest najwspanialszą, najpiękniejszą, najlepszą, jedyną, wyczekiwaną.
Czy nie skrywa się w tym jakieś kłamstwo, jakaś nieprawda, sprzeczność, nielogiczność?
Cóż, nie widzę tego kłamstwa, zaprzeczenia. Idąc przed siebie uczymy się tego, że każdy etap to nowy zalążek mnie, ciebie, kogoś. I ten nowy zalążek szuka innego zalążka i kto wie - może z tego rozwinie się to najcenniejsze uczucie... I wybierając kogoś kierujemy się potrzebą dopełnienia przez osobę wyjątkową, wybraną...
Zupełnie inaczej jest z przyjaźnią. Przyjaźń musi przejść pewne próby ognia, ale musi też mieć jakąś bazę; dawać poczucie stałej opoki. Wszystkie fragmenty życia, przygody, problemy składają się w układankę, którą przejść można jedną i tą samą ścieżką. Przyjaźń nie lubi zmian. Nie toleruje rozstań i wznowień. Pewnie dlatego najtrwalsze przyjaźnie zawiązują się w dzieciństwie.
By mieć czas na budowę fundamentów...

Cieszy mnie jesień, cieszy powtarzalność i poczucie, że każdy prędzej czy później stanie się dla kogoś tą wyśnioną, wymarzoną połówką jabłka, pomarańczy czy innej mandarynki. I że zawsze jest się przyjacielem, w takim wymiarze, w jakim otacza się silnym ramieniem przyjaciela...

Chyba za dużo bzdur już napisałam... Zaplątałam się w słowa nadto...

Ps. T- shirt, kołdra, i kilka oznak, że byłeś tutaj... Nasza powtarzalność to kolebka, która kołysze moje myśli do snu, do życia, by pójść do pracy. A Ty nawet nie wiesz, ile szczęścia znalazłam w Twoich oczach teraz...

wtorek, 1 września 2009

***

Niebo. On. Dal.

Wtulam się w pościel pachnącą Nim.

I nie rozumiem dlaczego miesiąc to znów wieczność?



Pojechał...


Wczoraj przez kilka godzin byłam najszczęśliwszą osobą pod słońcem - a potem jeden telefon i trach. Musiał wracać. Wiem. A ja musiałam zostać. Wiem.
I co z tego???????????????????????