Dzieci znów idą do szkoły; znów plecaki, książki, tornistry. Nieśmiałość nadejścia jesieni zupełnie inaczej prezentuje się w konfrontacji z chłodem, który przebija się przez ubrania nad ranem. Jakoś tak mniej zielono, więcej brązów i złota za oknami domów, domków...
A ja myślę o tym, jak bardzo powtarzalna jest nasza natura człowiecza: kocha się kolejne osoby (no, chyba, że mówimy o szczęśliwcach "raz a dobrze") i każda jest najwspanialszą, najpiękniejszą, najlepszą, jedyną, wyczekiwaną.
Czy nie skrywa się w tym jakieś kłamstwo, jakaś nieprawda, sprzeczność, nielogiczność?
Cóż, nie widzę tego kłamstwa, zaprzeczenia. Idąc przed siebie uczymy się tego, że każdy etap to nowy zalążek mnie, ciebie, kogoś. I ten nowy zalążek szuka innego zalążka i kto wie - może z tego rozwinie się to najcenniejsze uczucie... I wybierając kogoś kierujemy się potrzebą dopełnienia przez osobę wyjątkową, wybraną...
Zupełnie inaczej jest z przyjaźnią. Przyjaźń musi przejść pewne próby ognia, ale musi też mieć jakąś bazę; dawać poczucie stałej opoki. Wszystkie fragmenty życia, przygody, problemy składają się w układankę, którą przejść można jedną i tą samą ścieżką. Przyjaźń nie lubi zmian. Nie toleruje rozstań i wznowień. Pewnie dlatego najtrwalsze przyjaźnie zawiązują się w dzieciństwie.
By mieć czas na budowę fundamentów...
Cieszy mnie jesień, cieszy powtarzalność i poczucie, że każdy prędzej czy później stanie się dla kogoś tą wyśnioną, wymarzoną połówką jabłka, pomarańczy czy innej mandarynki. I że zawsze jest się przyjacielem, w takim wymiarze, w jakim otacza się silnym ramieniem przyjaciela...
Chyba za dużo bzdur już napisałam... Zaplątałam się w słowa nadto...
Ps. T- shirt, kołdra, i kilka oznak, że byłeś tutaj... Nasza powtarzalność to kolebka, która kołysze moje myśli do snu, do życia, by pójść do pracy. A Ty nawet nie wiesz, ile szczęścia znalazłam w Twoich oczach teraz...