Jestem już w domu od kilku i dni, i naprawdę jest mi jakoś tak dobrze, spokojnie. Łagodny wiatr, który targa trawami lekko sunie wokół mojej twarzy, mojego ciała. Lekko mi...
Dom: żniwa, krzątanina, litry wylanego potu, zmęczenie, znużenie i odciski na rękach... Ale: praca przyjemna, jakoś tak zgodnie z rytmem natury, sprawiedliwie, radośnie nawet. Wreszcie mamy własny kombajn, a snopowiązałka poszła w odstawkę (tak, tak, u mnie w domu snopowiązałka, mendle i snopki - to normalne do zeszłego roku było). Teraz zaoszczędzamy czas i energię, nie ma strachu, że jak spadnie deszcz, to cała praca pójdzie na marne: wreszcie tata jest trochę odciążony i ze spokojną głową zbierze plony swoich starań i wysiłków. Dobra rzecz, ta mechanizacja, dobra...
Pomyśleć, że dopiero zwieźliśmy siano... Ledwo wysiadłam z samochodu, a już siedziałam w stodole i podawałam kostki... Nawet się nie zmachałam za bardzo, całkiem sprawnie i porządnie mi szło - nie było wstydu... Nawet chłopaki patrzyli z podziwem... Hehe... Malutka daje radę!
Poza tym: zapach racuchów z jagodami - niebo w gębie... buzi... mordce... pyszczku... ryjku... Jestem zachwycona, rozpieszczona...
Brak mi trochę pracy. Tej stabilizacji dnia: praca, akademik. Teraz: dom, stodoła, podwórko, wielokrotnie, dowolne kombinacje...
Przepraszam za chaos opisu, ale nie mam czasu pisa,ć tyle ile chcę jak chcę i kiedy chcę.
Znów muszę zmykać, paaaaaaaaaaaaa
"Co by ziścić się miało, dziś, jak liść pięciopalcy prosto w ręce mi spadło - tylko, że tego mało..." A.T.
niedziela, 2 sierpnia 2009
poniedziałek, 27 lipca 2009
Był wieczór... :) :) :) :) :)
Skomplikowane jest życie. Nie sposób zadowolic wszystkich. Ważne, że rezygnuje się ze siebie... A i tak wychodzi się na kogoś najgorszego pod słońcem, nigdy się nie da rady zbawic świata...
Czytam, co u Black i mnie to przeraża. Chory ustrój - nie ma leków, są leki ale poza zasięgiem. Szlag!!! Straszne, że chorzy muszą wręcz błagac, by ktoś ich wsparł, by ktoś dał im to, co tak naprawdę im się należy: nadinterpretuję Konstytucję:
Tyle. Idę, bo mnie na bieżąco czytają, a ja tak pisac nie umiem. Do kiedyś tam.
Skomplikowane jest życie. Nie sposób zadowolic wszystkich. Ważne, że rezygnuje się ze siebie... A i tak wychodzi się na kogoś najgorszego pod słońcem, nigdy się nie da rady zbawic świata...
Czytam, co u Black i mnie to przeraża. Chory ustrój - nie ma leków, są leki ale poza zasięgiem. Szlag!!! Straszne, że chorzy muszą wręcz błagac, by ktoś ich wsparł, by ktoś dał im to, co tak naprawdę im się należy: nadinterpretuję Konstytucję:
WOLNOŚCI I PRAWA OSOBISTE
Art. 38.
Rzeczpospolita Polska zapewnia każdemu człowiekowi prawną ochronę życia.
Tyle. Idę, bo mnie na bieżąco czytają, a ja tak pisac nie umiem. Do kiedyś tam.
niedziela, 26 lipca 2009
W...
pomyślałam, że dobrze byłoby przez chwilę pobyc z Wojtkiem... zatęsknilam, głęboko, nagle...
tak, chciałabym czasem cofnąc czas i wymazac dawny koszmar, powrócic na łąki pachnące sianem, nad potoki kryształowej wody...
tak było kiedyś...
a tak często o tym zapominam...
choc chyba coraz częściej powracam myślami do Nas, Naszych miejsc, Naszych tajemnic... tych, które dzielic będziemy tylko ze sobą, Ty i ja...
naszych pięknych chwil, skrywanych, wykradanych ukradkiem...
dziwne - wcześniej nigdy Ciebie tu tyle nie było...
a jakby wszystko pisane było do Ciebie... żebyś wiedział... żebyś i Ty pamiętał, gdziekolwiek jesteś...
może już czas dla Ciebie... czas dziękczynienia... wiesz przecież...
;) Zakupowo ;)
Dzisiaj był dzień pod znakiem zakupów, bo:
- rodzice muszą miec dowody na to, że pracuję naprawdę i że mam z tego jakieś konkretne pieniądze, które przeobrażają się w konkretne zakupione przeze mnie fanty;
- potrzebowałam odrobinę oderwac się od TEGO, co TUTAJ... przytłacza mnie ostatnio atmosfera niepotrzebności mnie względem Niego, nawet jeśli On myśli, że jest inaczej, a że Aga pojechała do domu, a On chciał byc sam to wyprawa zakupowa nabrała nowego sensu i znaczenia...;
- ludziom o kształcie zbliżonym do beczki (nie do świecy, niestety...) trochę jest lepiej w czarnym, kolor maskuje nadtłuszczyk, wysmukla talię i w ogóle nawet ja wyglądam no, yyy, pociągająco ;) (chyba muszę kiedyś dac tu jakąś fotę siebie...), a że czarnych ubrań w szafie nie mam wielu (bo jednak wolę tonacje: zieleń, granat, brąz), to należało uzupełnic zasoby;
- poza tym dawno nie buszowałam po sklepach, i mimo, że szczerze nienawidzę błąkania się po sklepach, grzebania wśród wieszaków, regałów itd, to dzisiaj akurat miałam na to ochotę...
Efekty: dwie czarne bluzki, jedna, powiedzmy zwyczajana, nie wyróżniająca się tak naprawdę niczym; druga zabazgrana białymi napisami, na ramiączkach, ładnie eksponująca to i owo :) A żeby było zabawniej koniec końców On przyszedł i pomógł mi wybierac. Wydałam 51 zł, ale nie żałuję... Przede mną jeszcze bój o japonki jakieś... Najlepiej czarne.
A poza tym, nie wiem jak Adze i Jemu, ale mi bardzooo brakuje Adasia. Smyk wnosił dużo radości do naszego apartamentu, a i nam (a przynajmniej mi) beztroska się udzieliła. I wreszcie mieliśmy powód, żeby kupic bierki :) Nasze pojedynki były zabawne, a Adasia nie zrażało nawet to, że częściej przegrywał niż zwyciężał... Czekam do kolejnej wizyty :)
A teraz? Może w końcu doczekam się jednego wieczoru tylko dla mnie, romantycznego, spokojnego... Tak, żebym przez chwilę poczuła się kobietą, a nie tylko no... Ciężko mi, ale nikt tego nie zrozumie. On nie rozumie: bycie w tym samym pokoju, w tym samym czasie, wcale nie jest byciem ze sobą, wcale nie łączy, wcale...
Ale, żeby nie było, że wciąż myślę tylko o Nim, rzucę Wam pewien temat do rozmyślań, który zajmuje mnie od jakiegoś czasu. Wspominałam niedawno, że przeczytałam książkę Mario Puzo: Sześc grobów do Monachium. Całkiem nieźle się to czyta, wciąga, nie ma zbędnych dłużyzn i ogólnie na duży plus. A temat: zemsta jako siła napędowa do przeżycia; do tego by wykończyc oprawców; do tego, by wreszcie uzyskac wnętrzny spokój, może nawet rozgrzeszenie... Wszystko prowadzi głównego bohatera przed siebie tylko po to, by zniszczyc tych, którzy zniszczyli jego.
I zastanawia mnie, czy mną też mogłaby kierowac tylko i wyłącznie nienawiśc? Do tej pory, każde moje działanie motywowane było miłością do rodziców, poszukiwaniem sposobu na zdobycie ich aprobaty, kto wie, może wiarą, że będą kiedyś ze mnie dumni. Raczej nie starałam się wchodzic z nikim na ścieżki wojenne, a nawet jeśli, to wojna polegała na ignorowaniu przeciwnika, na manifestowaniu własnej niezależności....
Tyle na teraz... :) Pozytywnie :) Optymistycznie :)
(A wieczoru chyba nie będzie, On znów czyta Świat wiedzy...).
- rodzice muszą miec dowody na to, że pracuję naprawdę i że mam z tego jakieś konkretne pieniądze, które przeobrażają się w konkretne zakupione przeze mnie fanty;
- potrzebowałam odrobinę oderwac się od TEGO, co TUTAJ... przytłacza mnie ostatnio atmosfera niepotrzebności mnie względem Niego, nawet jeśli On myśli, że jest inaczej, a że Aga pojechała do domu, a On chciał byc sam to wyprawa zakupowa nabrała nowego sensu i znaczenia...;
- ludziom o kształcie zbliżonym do beczki (nie do świecy, niestety...) trochę jest lepiej w czarnym, kolor maskuje nadtłuszczyk, wysmukla talię i w ogóle nawet ja wyglądam no, yyy, pociągająco ;) (chyba muszę kiedyś dac tu jakąś fotę siebie...), a że czarnych ubrań w szafie nie mam wielu (bo jednak wolę tonacje: zieleń, granat, brąz), to należało uzupełnic zasoby;
- poza tym dawno nie buszowałam po sklepach, i mimo, że szczerze nienawidzę błąkania się po sklepach, grzebania wśród wieszaków, regałów itd, to dzisiaj akurat miałam na to ochotę...
Efekty: dwie czarne bluzki, jedna, powiedzmy zwyczajana, nie wyróżniająca się tak naprawdę niczym; druga zabazgrana białymi napisami, na ramiączkach, ładnie eksponująca to i owo :) A żeby było zabawniej koniec końców On przyszedł i pomógł mi wybierac. Wydałam 51 zł, ale nie żałuję... Przede mną jeszcze bój o japonki jakieś... Najlepiej czarne.
A poza tym, nie wiem jak Adze i Jemu, ale mi bardzooo brakuje Adasia. Smyk wnosił dużo radości do naszego apartamentu, a i nam (a przynajmniej mi) beztroska się udzieliła. I wreszcie mieliśmy powód, żeby kupic bierki :) Nasze pojedynki były zabawne, a Adasia nie zrażało nawet to, że częściej przegrywał niż zwyciężał... Czekam do kolejnej wizyty :)
A teraz? Może w końcu doczekam się jednego wieczoru tylko dla mnie, romantycznego, spokojnego... Tak, żebym przez chwilę poczuła się kobietą, a nie tylko no... Ciężko mi, ale nikt tego nie zrozumie. On nie rozumie: bycie w tym samym pokoju, w tym samym czasie, wcale nie jest byciem ze sobą, wcale nie łączy, wcale...
Ale, żeby nie było, że wciąż myślę tylko o Nim, rzucę Wam pewien temat do rozmyślań, który zajmuje mnie od jakiegoś czasu. Wspominałam niedawno, że przeczytałam książkę Mario Puzo: Sześc grobów do Monachium. Całkiem nieźle się to czyta, wciąga, nie ma zbędnych dłużyzn i ogólnie na duży plus. A temat: zemsta jako siła napędowa do przeżycia; do tego by wykończyc oprawców; do tego, by wreszcie uzyskac wnętrzny spokój, może nawet rozgrzeszenie... Wszystko prowadzi głównego bohatera przed siebie tylko po to, by zniszczyc tych, którzy zniszczyli jego.
I zastanawia mnie, czy mną też mogłaby kierowac tylko i wyłącznie nienawiśc? Do tej pory, każde moje działanie motywowane było miłością do rodziców, poszukiwaniem sposobu na zdobycie ich aprobaty, kto wie, może wiarą, że będą kiedyś ze mnie dumni. Raczej nie starałam się wchodzic z nikim na ścieżki wojenne, a nawet jeśli, to wojna polegała na ignorowaniu przeciwnika, na manifestowaniu własnej niezależności....
Tyle na teraz... :) Pozytywnie :) Optymistycznie :)
(A wieczoru chyba nie będzie, On znów czyta Świat wiedzy...).
sobota, 25 lipca 2009
Oto:
Moja lista zyczen do Pana Boga
(wzgledem mnie samej - zbawianie swiata nie jest chwilowo w moim guscie - przez moment bede egoistka):
* kurs spadochroniarski i niezliczona ilosc skokow z oblokow (znaczy z samolotu lecacego wsrod tych oblokow) na ziemie; bujanie w chmurach, adrenalina, wysokosci - to wszystko to, co kocham najbardziej na swiecie
* nurkowanie posrod raf okalajacych Australie, z chwilowymi wypadami na lad w celu wytulenia wszystkich miskow koala, jakie mi sie napatocza, no, czasem kangurow tez (w rozmiarach mini); pod woda wszystko wyglada inaczej, taki inny swiat fantazji, fascynujacy wszechstronnie: zyciem, ktore tam wrze, barwami, ksztaltami i ta niezwyklascia miejsca...
* wyprawa do Indii, taka dlugaaaa, zeby pobyc, poczuc, zespolic sie z kultura, ludzmi, obyczajami... tu nie bede niczego dopisywac za bardzo...
* nabycie umiejetnosci poslugiwania sie jezykiem portugalskim, z mozliwosci sprawdzenia tegoz w praktyce w ojczyznie Luisa Figo, zwlaszcza w konwersacji wlasnie z nim (ps. czy pisalam, ze uwielbialam pilke nozna w jego wydaniu, bo teraz to, no, yyy); Lizbono, ach Lizbono... kto wie, kiedy przybede...
* spotkanie z pewnym bardzo wyjatkowym czlowiekiem, ktorego personaliow tutaj nie zdradze, takim co to i madry, i dowcipny, i znany, i normalny... bo przeciez obcowanie z ludzmi wybitnymi zawsze owocuje jakims bogactwem doswiadczen, nowych pogladow czy po prostu radoscia z poznania persony gratyyyyyyy... dawno, dawno temu w Paryzu...
* krazek ProFormy we wlasnych zasobach plytowych (chlopaki, wydajcie w koncu ten album, bo sie doczekac nie moge!): znam ich z koncertow w Bonubie, wiem, ze cos nagrywaja, ale jakos nic konkretnego napisac w tym miejscu nie moge, a szkoda, bo niezle rokuja (moim skromnym zdaniem)
* jeden dzien totalnego oderwania, zeby nikt i nic nie macilo ciszy wokol mnie i we mnie; tak zeby poznac siebie i zrozumiec, czego, moge oczekiwac; czasem wydaje mi sie, ze zawsze juz wokol bedzie halas, a cisza, ktorej lakne nie nadejdzie...
* mozliwosc posiadania calej masy zwierzat, a lepiej: lesniczowka ukryta w glebokim borze, ktorej strzega dzikie zwierzeta i moi domowi pupile (nawet nie wiecie, jak zle komus, kto cale zycie dzielil- z wlasnej woli oczywiscie - lozko z psem, no nie tylko lozko, bo Jovan rownie chetnie robi ze mna wszystko: wcina lakocie, chodzi na spacery, dawniej odrabial lekcje - a teraz w akademiku, zadnego zwierzatka pozbawionego daru mowy, ale wyposazonego w milosc bezgraniczna, najszczersza, jedyna w swoim rodzaju, nie mam... ;/
* cala masa ksiazek, takich, ktore uwodza trescia, poruszaja, zmuszaja do myslenia, chwili refleksji; takich, ktore ucza... podobno madrosc jest ksiazka, tyle ze wydana w wielu roznych egzemplarzach... poczytalabym sobie w drewnianej chatce, gdzies w gorach...
* kulig, tak, tak, prawdziwa sanna, snieg, mroz, radosna kompania, kon prowadzony przez przystojnego woznice itd... lubie zime, bo jakos blizej wszystkim wtedy do dziecka (wszystkim doroslym oczywiscie)
* umiejetnosc gotowania zupy grzybowej cioci Basi, bo to najpyszniejsza rzecz, jaka jem w kazde Boze Narodzenie, wlasciwie jedyna... zupa uwodzi lekkim slodkim posmakiem, glebia smaku i aromatu borowikow zebranych latem w lasach okalajacych dom...
* i jeszcze mozliwosc bycia niewidzialna od czasu do czasu... bo dobrze jest sie schowac, rozplynac w powietrzu i wejsc na poklad samolotu bez biletu, doleciec tam, gdzie sie chce, bez zalatwiania wszystkich tych spraw urzedowych...
To tyle w czesci pierwszej, zapewne czesc dalsza nastapi niebawem ;)
(wzgledem mnie samej - zbawianie swiata nie jest chwilowo w moim guscie - przez moment bede egoistka):
* kurs spadochroniarski i niezliczona ilosc skokow z oblokow (znaczy z samolotu lecacego wsrod tych oblokow) na ziemie; bujanie w chmurach, adrenalina, wysokosci - to wszystko to, co kocham najbardziej na swiecie
* nurkowanie posrod raf okalajacych Australie, z chwilowymi wypadami na lad w celu wytulenia wszystkich miskow koala, jakie mi sie napatocza, no, czasem kangurow tez (w rozmiarach mini); pod woda wszystko wyglada inaczej, taki inny swiat fantazji, fascynujacy wszechstronnie: zyciem, ktore tam wrze, barwami, ksztaltami i ta niezwyklascia miejsca...
* wyprawa do Indii, taka dlugaaaa, zeby pobyc, poczuc, zespolic sie z kultura, ludzmi, obyczajami... tu nie bede niczego dopisywac za bardzo...
* nabycie umiejetnosci poslugiwania sie jezykiem portugalskim, z mozliwosci sprawdzenia tegoz w praktyce w ojczyznie Luisa Figo, zwlaszcza w konwersacji wlasnie z nim (ps. czy pisalam, ze uwielbialam pilke nozna w jego wydaniu, bo teraz to, no, yyy); Lizbono, ach Lizbono... kto wie, kiedy przybede...
* spotkanie z pewnym bardzo wyjatkowym czlowiekiem, ktorego personaliow tutaj nie zdradze, takim co to i madry, i dowcipny, i znany, i normalny... bo przeciez obcowanie z ludzmi wybitnymi zawsze owocuje jakims bogactwem doswiadczen, nowych pogladow czy po prostu radoscia z poznania persony gratyyyyyyy... dawno, dawno temu w Paryzu...
* krazek ProFormy we wlasnych zasobach plytowych (chlopaki, wydajcie w koncu ten album, bo sie doczekac nie moge!): znam ich z koncertow w Bonubie, wiem, ze cos nagrywaja, ale jakos nic konkretnego napisac w tym miejscu nie moge, a szkoda, bo niezle rokuja (moim skromnym zdaniem)
* jeden dzien totalnego oderwania, zeby nikt i nic nie macilo ciszy wokol mnie i we mnie; tak zeby poznac siebie i zrozumiec, czego, moge oczekiwac; czasem wydaje mi sie, ze zawsze juz wokol bedzie halas, a cisza, ktorej lakne nie nadejdzie...
* mozliwosc posiadania calej masy zwierzat, a lepiej: lesniczowka ukryta w glebokim borze, ktorej strzega dzikie zwierzeta i moi domowi pupile (nawet nie wiecie, jak zle komus, kto cale zycie dzielil- z wlasnej woli oczywiscie - lozko z psem, no nie tylko lozko, bo Jovan rownie chetnie robi ze mna wszystko: wcina lakocie, chodzi na spacery, dawniej odrabial lekcje - a teraz w akademiku, zadnego zwierzatka pozbawionego daru mowy, ale wyposazonego w milosc bezgraniczna, najszczersza, jedyna w swoim rodzaju, nie mam... ;/
* cala masa ksiazek, takich, ktore uwodza trescia, poruszaja, zmuszaja do myslenia, chwili refleksji; takich, ktore ucza... podobno madrosc jest ksiazka, tyle ze wydana w wielu roznych egzemplarzach... poczytalabym sobie w drewnianej chatce, gdzies w gorach...
* kulig, tak, tak, prawdziwa sanna, snieg, mroz, radosna kompania, kon prowadzony przez przystojnego woznice itd... lubie zime, bo jakos blizej wszystkim wtedy do dziecka (wszystkim doroslym oczywiscie)
* umiejetnosc gotowania zupy grzybowej cioci Basi, bo to najpyszniejsza rzecz, jaka jem w kazde Boze Narodzenie, wlasciwie jedyna... zupa uwodzi lekkim slodkim posmakiem, glebia smaku i aromatu borowikow zebranych latem w lasach okalajacych dom...
* i jeszcze mozliwosc bycia niewidzialna od czasu do czasu... bo dobrze jest sie schowac, rozplynac w powietrzu i wejsc na poklad samolotu bez biletu, doleciec tam, gdzie sie chce, bez zalatwiania wszystkich tych spraw urzedowych...
To tyle w czesci pierwszej, zapewne czesc dalsza nastapi niebawem ;)
środa, 22 lipca 2009
Zmeczenie
Wlasnie wrocilam z pracy do akademika. Znow tli sie we mnie nadzieja, ze obiad bedzie gotowy... Jestem wykonczona. Biorac pod uwage, ze zasnelam wczoraj na lozku w ubraniu okolo 22.20; na lozku zagraconym wszystkim, co w pokoju jest, na lozku nie poscielonym - ja, zbyt nieprzytomna, by odwazyc sie pojsc pod oczyszczajacy nie tylko cialo, ale i dusze, prysznic. Obudzona o 00.34 wstalam zdjelam pokortnie ubranie wierzchnie i znow zasnelam - i prawie zaspalam do pracy... Zamiast wstac o 6.25 - wstalam o 6.54... Ale zdazylam :) :) :)
Tylko jakos nie mam sil myslec o nowych pozycjach z Kolakowskiego, Baumana, ks. Twardowskiego i innych, ktorych z checia porwalabym do domu. ;/ A przeciez jutro w pracy zebranie i dowiem (y) sie, kto wyleci na bruk... Zalezy mi, zeby zostac!
A prywatnie? On jest nadal, ale ogrom zaru milosci wyczerpal sie kilka dni temu. Mam wrazenie, ze wcale juz Go nie cieszy ta wizyta i z chcecia wrocilby do domu. A przez to ja najchetniej rozplynelabym sie w powietrzu, zniknelabym z kazdego miejsca na ktore spoglada, ktore zaszczytca swoja obecnoscia.
Nawet spacery woli odbywac w towarzystwie innych, nie moim... Ale kim ja jestem, zeby decydowac z kim i gdzie On ma isc? Jak sie tyton skonczy, to pojdzie ze mna?
Tyle na teraz... Bede, kiedy wroce :) Niedlugo... Caluje i MACIE cieszyc sie sloncem, pogoda i wszystkim, czym cieszyc sie mozna!
Tylko jakos nie mam sil myslec o nowych pozycjach z Kolakowskiego, Baumana, ks. Twardowskiego i innych, ktorych z checia porwalabym do domu. ;/ A przeciez jutro w pracy zebranie i dowiem (y) sie, kto wyleci na bruk... Zalezy mi, zeby zostac!
A prywatnie? On jest nadal, ale ogrom zaru milosci wyczerpal sie kilka dni temu. Mam wrazenie, ze wcale juz Go nie cieszy ta wizyta i z chcecia wrocilby do domu. A przez to ja najchetniej rozplynelabym sie w powietrzu, zniknelabym z kazdego miejsca na ktore spoglada, ktore zaszczytca swoja obecnoscia.
Nawet spacery woli odbywac w towarzystwie innych, nie moim... Ale kim ja jestem, zeby decydowac z kim i gdzie On ma isc? Jak sie tyton skonczy, to pojdzie ze mna?
Tyle na teraz... Bede, kiedy wroce :) Niedlugo... Caluje i MACIE cieszyc sie sloncem, pogoda i wszystkim, czym cieszyc sie mozna!
niedziela, 19 lipca 2009
NIE MAM INTERNETU!!!
Straszne... Nie mam dostepu do internetu - nadal, a jeszcze tydzien czekania na radosne sam na sam z moim iPluskiem kochanym... Czyzbym byla uzalezniona??!! Ale smutno, ze czytac na biezaco nie moge, do komentowania u innych sie nie wlaczam itd... Wylecialam chwilowo z obiegu blogowych istnien...
Akademik zyje wlasnym zyciem, dzis mimo, ze niedziela - sprzatam, 5 rundek prania za mna :) Poza tym: NUDY.
Zastanawiam sie, dlaczego kamienica, ktora ogladam z okna, kojarzy mi sie z Krakowem? -wszak to Poznan, a nawet jego centrum, a ja sie czuje, jakbym wreszcie byla w miescie wspomnien, marzen i Piwnicy... A kamienica? Wygladala wczoraj zjawiskowo, gdy lezelismy przytuleni do siebie i patrzylismy na plynace obloki... Wyjatkowy czar barw (nazwijmy je umownie: kosci sloniowej) i ten film, ktory oglada sie wtedy i tylko wtedy, gdy on tego zechce. Chmury, ktore przesuwaja sie same po niebie, nie statyczne, ale wlasnie takie poruszone, przemijajace - wlasciwie zywe: zdolne do ruchu, majace konkretne ksztalty, formy... I okna, spowite swiatlocieniem...
Czesto mysle o sobie, ze jestem jak chmura: po prostu: nie ma to najmniejszego znaczenia... Nie trzeba mierzyc, badac, poznawac; wystarczy patrzec i zapatrzec sie... Lubie te niezglebiona gre istnienia. Lubie, gdy slowa to za malo...
Przepraszam za bledy, ktore zapewne stoja bykiem na byku... Jakie warunki, taki post.
Ale pisac bede do upadlego!!!
Na marginesie: mialam w nocy koszmary o tym, ze jestem zla do szpiku kosci, i ze wszyscy z mojego powodu cierpia. Nie lubie poczucia, ze Ktos/ Cos karze innych za moje uczynki, ze inni ponosza konsekwencje moich wyborow: najskuteczniejszym sposobem wplyniecia na kogos, jest wmowic mu (lub udowodnic), ze to on jest przyczyna wszystkich bolesnych ciosow wymierzonych jego bliskim...
A Olo lezy w domu, chory, uziemiony... Czemu nigdy choroby nie spadaja na tych, ktorzy ich chca, ktorzy o nie zabiegaja, ktorzy je prowokuja?! A lekarze musza sie potem uzerac z pseudo no...
Koncze na dzisiaj. Do przyszlego :) Calusyyyyyyyyy
Akademik zyje wlasnym zyciem, dzis mimo, ze niedziela - sprzatam, 5 rundek prania za mna :) Poza tym: NUDY.
Zastanawiam sie, dlaczego kamienica, ktora ogladam z okna, kojarzy mi sie z Krakowem? -wszak to Poznan, a nawet jego centrum, a ja sie czuje, jakbym wreszcie byla w miescie wspomnien, marzen i Piwnicy... A kamienica? Wygladala wczoraj zjawiskowo, gdy lezelismy przytuleni do siebie i patrzylismy na plynace obloki... Wyjatkowy czar barw (nazwijmy je umownie: kosci sloniowej) i ten film, ktory oglada sie wtedy i tylko wtedy, gdy on tego zechce. Chmury, ktore przesuwaja sie same po niebie, nie statyczne, ale wlasnie takie poruszone, przemijajace - wlasciwie zywe: zdolne do ruchu, majace konkretne ksztalty, formy... I okna, spowite swiatlocieniem...
Czesto mysle o sobie, ze jestem jak chmura: po prostu: nie ma to najmniejszego znaczenia... Nie trzeba mierzyc, badac, poznawac; wystarczy patrzec i zapatrzec sie... Lubie te niezglebiona gre istnienia. Lubie, gdy slowa to za malo...
Przepraszam za bledy, ktore zapewne stoja bykiem na byku... Jakie warunki, taki post.
Ale pisac bede do upadlego!!!
Na marginesie: mialam w nocy koszmary o tym, ze jestem zla do szpiku kosci, i ze wszyscy z mojego powodu cierpia. Nie lubie poczucia, ze Ktos/ Cos karze innych za moje uczynki, ze inni ponosza konsekwencje moich wyborow: najskuteczniejszym sposobem wplyniecia na kogos, jest wmowic mu (lub udowodnic), ze to on jest przyczyna wszystkich bolesnych ciosow wymierzonych jego bliskim...
A Olo lezy w domu, chory, uziemiony... Czemu nigdy choroby nie spadaja na tych, ktorzy ich chca, ktorzy o nie zabiegaja, ktorzy je prowokuja?! A lekarze musza sie potem uzerac z pseudo no...
Koncze na dzisiaj. Do przyszlego :) Calusyyyyyyyyy
Subskrybuj:
Posty (Atom)