Wlasnie wrocilam z pracy do akademika. Znow tli sie we mnie nadzieja, ze obiad bedzie gotowy... Jestem wykonczona. Biorac pod uwage, ze zasnelam wczoraj na lozku w ubraniu okolo 22.20; na lozku zagraconym wszystkim, co w pokoju jest, na lozku nie poscielonym - ja, zbyt nieprzytomna, by odwazyc sie pojsc pod oczyszczajacy nie tylko cialo, ale i dusze, prysznic. Obudzona o 00.34 wstalam zdjelam pokortnie ubranie wierzchnie i znow zasnelam - i prawie zaspalam do pracy... Zamiast wstac o 6.25 - wstalam o 6.54... Ale zdazylam :) :) :)
Tylko jakos nie mam sil myslec o nowych pozycjach z Kolakowskiego, Baumana, ks. Twardowskiego i innych, ktorych z checia porwalabym do domu. ;/ A przeciez jutro w pracy zebranie i dowiem (y) sie, kto wyleci na bruk... Zalezy mi, zeby zostac!
A prywatnie? On jest nadal, ale ogrom zaru milosci wyczerpal sie kilka dni temu. Mam wrazenie, ze wcale juz Go nie cieszy ta wizyta i z chcecia wrocilby do domu. A przez to ja najchetniej rozplynelabym sie w powietrzu, zniknelabym z kazdego miejsca na ktore spoglada, ktore zaszczytca swoja obecnoscia.
Nawet spacery woli odbywac w towarzystwie innych, nie moim... Ale kim ja jestem, zeby decydowac z kim i gdzie On ma isc? Jak sie tyton skonczy, to pojdzie ze mna?
Tyle na teraz... Bede, kiedy wroce :) Niedlugo... Caluje i MACIE cieszyc sie sloncem, pogoda i wszystkim, czym cieszyc sie mozna!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz