sobota, 25 lipca 2009

Oto:

Moja lista zyczen do Pana Boga
(wzgledem mnie samej - zbawianie swiata nie jest chwilowo w moim guscie - przez moment bede egoistka):



* kurs spadochroniarski i niezliczona ilosc skokow z oblokow (znaczy z samolotu lecacego wsrod tych oblokow) na ziemie; bujanie w chmurach, adrenalina, wysokosci - to wszystko to, co kocham najbardziej na swiecie

* nurkowanie posrod raf okalajacych Australie, z chwilowymi wypadami na lad w celu wytulenia wszystkich miskow koala, jakie mi sie napatocza, no, czasem kangurow tez (w rozmiarach mini); pod woda wszystko wyglada inaczej, taki inny swiat fantazji, fascynujacy wszechstronnie: zyciem, ktore tam wrze, barwami, ksztaltami i ta niezwyklascia miejsca...

* wyprawa do Indii, taka dlugaaaa, zeby pobyc, poczuc, zespolic sie z kultura, ludzmi, obyczajami... tu nie bede niczego dopisywac za bardzo...

* nabycie umiejetnosci poslugiwania sie jezykiem portugalskim, z mozliwosci sprawdzenia tegoz w praktyce w ojczyznie Luisa Figo, zwlaszcza w konwersacji wlasnie z nim (ps. czy pisalam, ze uwielbialam pilke nozna w jego wydaniu, bo teraz to, no, yyy); Lizbono, ach Lizbono... kto wie, kiedy przybede...

* spotkanie z pewnym bardzo wyjatkowym czlowiekiem, ktorego personaliow tutaj nie zdradze, takim co to i madry, i dowcipny, i znany, i normalny... bo przeciez obcowanie z ludzmi wybitnymi zawsze owocuje jakims bogactwem doswiadczen, nowych pogladow czy po prostu radoscia z poznania persony gratyyyyyyy... dawno, dawno temu w Paryzu...

* krazek ProFormy we wlasnych zasobach plytowych (chlopaki, wydajcie w koncu ten album, bo sie doczekac nie moge!): znam ich z koncertow w Bonubie, wiem, ze cos nagrywaja, ale jakos nic konkretnego napisac w tym miejscu nie moge, a szkoda, bo niezle rokuja (moim skromnym zdaniem)

* jeden dzien totalnego oderwania, zeby nikt i nic nie macilo ciszy wokol mnie i we mnie; tak zeby poznac siebie i zrozumiec, czego, moge oczekiwac; czasem wydaje mi sie, ze zawsze juz wokol bedzie halas, a cisza, ktorej lakne nie nadejdzie...

* mozliwosc posiadania calej masy zwierzat, a lepiej: lesniczowka ukryta w glebokim borze, ktorej strzega dzikie zwierzeta i moi domowi pupile (nawet nie wiecie, jak zle komus, kto cale zycie dzielil- z wlasnej woli oczywiscie - lozko z psem, no nie tylko lozko, bo Jovan rownie chetnie robi ze mna wszystko: wcina lakocie, chodzi na spacery, dawniej odrabial lekcje - a teraz w akademiku, zadnego zwierzatka pozbawionego daru mowy, ale wyposazonego w milosc bezgraniczna, najszczersza, jedyna w swoim rodzaju, nie mam... ;/

* cala masa ksiazek, takich, ktore uwodza trescia, poruszaja, zmuszaja do myslenia, chwili refleksji; takich, ktore ucza... podobno madrosc jest ksiazka, tyle ze wydana w wielu roznych egzemplarzach... poczytalabym sobie w drewnianej chatce, gdzies w gorach...

* kulig, tak, tak, prawdziwa sanna, snieg, mroz, radosna kompania, kon prowadzony przez przystojnego woznice itd... lubie zime, bo jakos blizej wszystkim wtedy do dziecka (wszystkim doroslym oczywiscie)

* umiejetnosc gotowania zupy grzybowej cioci Basi, bo to najpyszniejsza rzecz, jaka jem w kazde Boze Narodzenie, wlasciwie jedyna... zupa uwodzi lekkim slodkim posmakiem, glebia smaku i aromatu borowikow zebranych latem w lasach okalajacych dom...

* i jeszcze mozliwosc bycia niewidzialna od czasu do czasu... bo dobrze jest sie schowac, rozplynac w powietrzu i wejsc na poklad samolotu bez biletu, doleciec tam, gdzie sie chce, bez zalatwiania wszystkich tych spraw urzedowych...

To tyle w czesci pierwszej, zapewne czesc dalsza nastapi niebawem ;)

Brak komentarzy: