sobota, 5 marca 2011

sobota

Wczorajszego wieczoru pogrążyłam się w oglądaniu płyty studniówkowej Subkultury...
Nie taki mały Mały: 19 lat, włosy jak nać pietruszki, wzrostu sporo więcej ode mnie, krawat niebieski, kumpli w bród i śliczna dziewczyna w obejmowaniu.
A tak niedawno chodził do przedszkola...

Spostrzeżenia - nauczyciele zataczali się leciutko.
Partnerki chłopaków - wszak szkoła bardzo męska - wyglądały poważniej ode mnie...
I jeszcze ta zanikająca tradycja długich sukienek - na płycie przewinęły się takie może ze 3. Jakoś tak dyskotekowo to wyglądało.

Przede mną liźnięcie lokalnego życia... Bardzo lokalnego. Bez wnikania w szczegóły, plizzz; wystarczy, że na samą myśl mam gęsią skórkę i zawroty głowy.
To będzie długa noc. Ehhh.
Jedyny pozytyw - ktoś mądry postanowił, że Jaśnie Wielmożnie Książęcy Ksiądz remont plebani będzie robił na własny rachunek. Kościół tutaj wymaga ważniejszych prac, a ludzi nie stać na tyle dodatkowych wydatków.
Ulżyło mi.

Domowo? Póki co, zajmuję się usilnie moim zwierzyńcem. Pięć czarnych kotów wędruje od parapetu do parapetu łasząc się w zamruczeniu. Psy zasypiają na stojąco, porozkładane gdzie się da. Przez chwilę nie ma nikogo, więc mam wolność Czesia w strefach przykuchennych, pokojowych i podwórkowych.
Za moment czeka mnie wizyta w przedszkolu - muszę przygotować mleko dla pewnej dwutygodniowej Czekolady :) Czekolada nauczyła się już ssać kciuk, radośnie muczy, słysząc mój głos na podwórku i generalnie przesłodki z niej dzieciak. Hehe. Pomyśleć, że wkrótce dobędzie jej bliźniak.
Po karmieniu pora na podanie antybiotyku stworzeniu dużo większemu ode mnie.
Potem już tylko mieszanka wzmacniająca dla Jovana, który wczoraj nie bardzo mógł zejść po schodach, za to świetnie się czuł ganiając za pluszową zabawką.
I co mi też spadło na głowę, lata temu, że mnie na filologię polską pchnęło?!
Kurdeż...

Pobyt w domu, gdy mam na głowie tylko sprzątanie, a nie kuchenne bzdury, wprowadza do głowy ład i spokój.
Mam czas dla psów i kotów.
Huśtawka kołysze się wiosennym przebudzeniem.
Las skąpany w ciszy pobrzmiewa ptasimi śpiewami.
Nawet buty umazane w błocie cieszą.
Im mniej śniegu dokoła, tym więcej energii wokół.

Zastanawiam się, jak poukładać sobie rzeczywistość, by na co dzień mieć chociaż odrobinę takiej swobody? Jak to zrobić, by mieć przestrzeń, psy rozbiegane i las na wyciągnięcie dłoni?

Stwierdzam, że nie nadaję się do życia wielkomiejskiego, ani małowiejskiego.
Coś po środku?

2 komentarze:

Olinka pisze...

O tej porze studiowania co Ty, miała te same przemyślenia. Dlatego uciekłam z Krakowa i byłam (jestem wciąż) szczęśliwa, osiadłszy na zielonej wsi, gdzie "im mniej śniegu dookoła, tym więcej energii wokół".

;)

Malutka... pisze...

Oj Oleńko...
Ja siebie na razie nigdzie nie widzę, ale... poczekamy - zobaczymy :D
Pozdrawiam ciepło