niedziela, 19 czerwca 2011

co mi tam - pozytywem wyszarpane ;)

Liczę odbicia spadających kropel o parapetu twarde lica. Sumuję pluski niewielkie. I wyliczam: jeden cumulonimbus, drugi cumulonimbus, trzeci cumulonimbus - na więcej miejsca na niebie nie ma; strugi deszczu ocierają się o szybę pieszczotą niepojętą, a rześką. Kilka urojonych paprotek pewnie ucieszyłoby się w donicach, tymczasem korzysta robinia akacjowa, ogołocona z kwiecia, zazieleniona w prześwitach. Dachówki jeszcze mokre. Powietrze pachnie życiem. U Dominikanów kolejne nabożeństwo.

Kazik, dziwnie aktywny, biega w kółeczku niepewnie. Starzejemy się oboje. On i ja. On maleje i dostaje garba. Ja... rosnę i niech to samo za siebie mówi.

Tylko jeszcze półki uginają się od opasłych tomisk, które mam nadzieję, z lądują wkrótce na dnie wersalki, a zastąpią je równie opasłe książki, książeczki, książeczunie, bliskie mojemu gustowi, takie od widzimisię, a nie z musu.
Tylko stół stoi ledwo na czterech pomazanych farbą nogach ugniatany, obciążony, obarczony zapasem bibliotecznym z różnych stron świata.
Tylko krzesło cierpi, pozakładane długopisami, ołówkami, zakreślaczami.
Mieszkam jeszcze w świątynie studenckiego douczania. Jeszcze. Do magistra będzie tego.

A ja sobie plotę trzy po trzy z ludźmi na jakichś dziwnych polach minowych: jedni się szczerzą, inni złowrogo łypią oczyma, jeszcze inni jakby w ucałowaniu przystanęli poważania. Między nimi ja. Niekonkretna iluminacja samej siebie. Wytwór wytworów. Genotyp ewoluujący, bo czynniki środowiskowe. Taki mały Pikuś myśląco-czujący, zdalnie sterowany.
Zaplatam z trawy warkocze w parku. I liście liczę, ze zdziwieniem protestując przeciwko zieleniejącym kasztanowym kubraczkom z kolczugą. Czas mi za szybko dezerteruje, skubany jeden. A przecież czasu nie ma. Nie istnieje. Jest wymyślony i nie można go uszczypnąć na przebudzenie, nie skrzywi się od smaku kropli soku kwaśnego z cytryny, wyciśniętego na jęzor, wytknięty przez nicponia.
Zatykam uszy, gdy z hukiem budzą mnie o 3.00 nad ranem, bo ktoś grać w kosza postanowił zaczepnie, bo noc głęboka, sesja i akademik. Wielki kolektyw; taka pozostałość historyczna - PGR wyjałowiony, bo przecież wystarczyło wczoraj usiąść (jak zazwyczaj) na parapecie okna mojego pokoiku na IV piętrze, by z dołu poleciała gadka:
- Marylka, tam ktoś jest! Maryla! Spadnie!
- A nie. To akademik. Tam studenty powalone, ty nawet nie wiesz, jak się zachowuje banda.
- Ale Maryla to wysoko jest. Spadnie! Zabije się, jak nic!
- Nie. Student wszystko przetrzyma, sam jak zaraza.
Co racja, to racja. Wszak cięgle nie da się mnie zedrzeć, choć ja sama zdzieram sobie buty z szybkością światła - właśnie w tydzień załatwiłam nowiuśkie koszule, yyy, sandały.

I taki żart, który mi sprzedała niedawno pewna Dobra Duszyczka :)
- Jak rozpoznać kogoś z problemami? - podesłać do ciebie. Jeśli się polubicie, znaczy, że ludź ma popaprane życie. Przyciągasz ;)

Heh. Daję się lubić, naprawdę. Mam nawet na to dowód - całych 20 znajomych na fejs(z)buku :DDD

A na poważnie - ludzi wokół jak mrówek. I uwijamy się ze wszystkim. Każdy dostaje jakiś element układanki, która w całości odwzorowuje mnie na bazie szkicu, co to go ciągle węglem po kartce rozmazuję niewprawnie.
I może dzięki temu dostałam ostatnio kilka fajnych prezentów - od kumpeli z grupy filcowe broszki granatowo-żółte. Od kolegi namiary na zdjęcia z koncertu Cześka, o którym tu było w ochach i achach 10 stycznia :))) I jest jedno zdjęcie, na którym siedzimy sobie z Aneszką, takie ślicznie zasłuchane, pośród tłumu, a przed nami Czesiek w urokliwym przyłapaniu koncertowym - jeśli się można ślinić do zdjęcia - to ja się ślinię! Poza tym - Izz obdarowała mnie sukienkami dwiema (formatu mini), co daje łącznie 6 sztuk letnich wdzianek, krótkich i dziewczęcych - SzaLEńsTwO.

Jakoś tak się odrealniam z tarapatowego środowiska kwaśnego. Są - ależ proszę bardzo, gęste sitowie i siwiejące pasma, ale ja robię sobie wagary od poważnego życia. Choć na tydzień. Dajcie mi się pośmiać, wcinać szpinak i inną zieleninę, słuchać na okrągło piosenki z jednego bloga, bo jak do ucha wleciała, tak jej się pozostało. I niechże mi tego nikt jutro nie zburzy w Gnieździe Rodzinnym.
Wszystko wszystkim - ale trochę beztroski też mi się należy.

Ślad szaleństwa - niezawodny Kabaret OT.TO.
Jak ja kocham cię :)

niedziela, 12 czerwca 2011

nasTroje, nasDwoje, nasJa

nie nazywam już stanów pomiędzy nami
stanów w tej całej siatce splątanych oczek i rybich łusek
nie szukam dłoni obok siebie ani ust
o tu i teraz napisałabym epopeję zmyśloną od początku do końca
i starczyłoby mi jeszcze fantazji na kilka frazesów
zapinanych guzikami od fraku

nie nazywam już siebie w tym wszystkim
przecież nie jestem niczym innym niż tęsknota

wyobraź sobie sad Chłopczyku w którym cienie tańczą


Mam dziś ciężkie nastroje. Zawisły i nie chcą opaść. Myślę właściwie o niczym, a mimo to bolą skojarzenia. Na dłoniach rozsypują się życia, których już nie ma. To kolejne jest lepsze, ale puste. Połyskliwy pył pewników unosi się dokoła roztańczony psikusem tego, że żaden pewnik pewnikiem się nie okazał. Szkiełka z brzegami wyszczerbionymi odbijają to, co miało się stać, ale się nie stało.

Na pamięć chciałabym się jeszcze nauczyć naszych rozmów, wszystkich od pierwszej do każdej kolejnej...

Smutek, jak dywan położony na podłodze...

sobota, 4 czerwca 2011

Cześ Czesiem pozostanie!

Zdarza mi się jeszcze płakać, gdy nikt nie usłyszy szlochu zatrzymywanego: "Nie, nie, nie! Czesie nie płaczą!"...

Zdarza mi się myśleć o mitycznej miłości. O kochaniu szczęśliwym.
Coraz rzadziej.

Racjonalizuję dni.

Moje życie to moja droga.
Moje dni to moja przeprawa.

Tylko jeszcze wśród wspomnień czasem przytulam się szczelnie do Czyichś rozkochanych ramion...

ciii
szaaa

nim przyjdzie noc


Przypominam sobie szczęśliwych ludzi, pogodzona z moim alter ego nieszczęsnym.
I jeśli Kosmos potrzebuje dobrej energii i myśli dobrych - to posyłam od siebie całe wory, tak na zapas.

Ja sobie nie dam rady z życiem? Niemożliwe.
Twarda ze mnie sztuka!

Tak: W sam raz...

wtorek, 31 maja 2011

bez-robotna

Śmiejemy się. Na wyrywki. Z tego i owego.
A coraz mniej tych powodów do śmiechu.

Kiedyś wspominałam, że pod koniec studiów I patrzy niestrudzenie zamieni się w I szuka pracy bez sukcesu... To było mądre przewidywanie tego, co ma się wydarzyć już za momentów kilka.
Dziś...

Za miesiąc obrona. Taki jest plan, chyba że mi się noga powinie, bądź złamie bardzo realnie.
A potem?
Zaczynam się bać...
I wieszczyć.

Nieprawda. Przerabiam ten scenariusz od kilku miesięcy w głowie, bo ani się wpychać na drabinę kariery chcę, ani potrafię... I niestety, Szamanie Drogi, wyjdzie mi pewnie ten zmywak, dzieć jaki do pilnowania (bo nie że osobisty), albo inna niewiadoma (wiadomo, że nieambitna i chwilowa). Tyle, że mi ten zmywak bądź pozostałe możliwości wyjść mogą tu lub gdziekolwiek, z nastawieniem na tu, bo żeby wybyć gdziekolwiek - trzeba mieć kapitał początkowy.

Strasznym jest, że jak u Black - nie wiem, co chcę robić.
(Tylko, że dziś tu już nie o chcenie chodzi, a o przetrwanie, bez ogródek sprawę zapisując).

Każdego dnia zwalczam tę myśl uparcie, puchnie ona jednak w mojej głowie.
I boli, boli, boli.

Marudzę z dnia na dzień coraz bardziej. Miewam podłe humory. Poranki witane lewą nogą. I już czuję powiew zamykanej kasy w Biedronce, którą nie dajcie Niebiosa - obsługiwać mi przyjdzie. I już listę w Urzędzie Pracy podpisuję. I już snuję się po korytarzach wyimaginowanych jakiejś fabryki obskurnej. I już... zapycham usta czerstwą pajdą chleba. I właściwie tylko mi fartucha brak i jakiejś flaszki w torebce...

Piękne, humanistyczne, mądre studia, które od podszewki wyglądają mniej dostojnie, prowadzą na manowce... Wielcy literaci, ulotność i powab słów, owinięte wokół palców Istnienia stają się ledwie żartem, z którego nie mam śmiałości się śmiać, bo w bluszczu oplatającym rynek pracy pięć lat zaczytywania się i kształcenia - nie znaczy nic.
A może to tylko ze mną coś jest nie tak, gubię się i motam?

Chyba mi słabo...
Powietrzaaaaaaaaaaaaaaaa!

I tak jakoś kojarzy mi się numer Perfectu: Co się stało z Magdą K?



Spokojnej nocy.

czwartek, 26 maja 2011

...

rozsypują się moje słowa
po blacie stolika
który już za chwile należał będzie do kogoś innego


Trudno porzucić Dom. Miejsce, które się stało bezpieczną przystanią. Własnym kątem.

wtorek, 24 maja 2011

historie

świat wali się u naszych stóp
rozkrzyczanym kochaniem
ustami rwącymi się z trzeciego piętra
z pająkiem pod daszkiem rozhuśtanym

W powietrzu zawirowało coś niepojętego... Kilka głupot wymieszanych z mądrymi decyzjami. Nowe szaleństwo. Nowa głupota - zaczynam kolekcjonować stany nieważkości.

Studia studiami. Rodzice Rodzicami. Mężczyźni mężczyznami.
Ja sobą... coraz bardziej, częściej.

Postanowiłam się czegoś nauczyć. Czegoś nowego. Czegoś doskonałego. Czegoś nieprawdopodobnego. Znalazłam na to sposób. Zajęło mi to mnóstwo czasu, spiłowało to moją odwagę i upór. I tak. Udało się.

Każdy kolejny krok jest dla mnie trudniejszy. Serce rwie się na strzępy, jak stare łachmany. Rozkołysane miłośnie wyblakło już strasznie. Niechciane. Niepotrzebne. Zawadzające każdemu z nas. Jestem na gapę.

Plany teatralne. Plany. Nie moje. Ich.
Moje rozdroże. Nasze.
Czekam.
W każdym dniu widząc cień szansy.

Jest mi dobrze. Układam życie jak prasowaną koszulę. Kończę studia. Zrobię staż. Może uda mi się stąd uciec. Udaję, że serce może znaczyć mniej niż może. Że luki w dniach wypełnić można książkami. Chciałabym, żeby to się dało zrobić, jak należy. Praca, mieszkanie, pies i święty spokój.

To czego oczekuję dałoby się wypić, jak kubek gorzkiej herbaty.

Co z tego, skoro po cichutku liczę na coś zupełnie innego.
Ile można mieć żyć w życiu?

Słyszałam dziś kilka złych historii. Kalki łez i zgrzytów.
Dodałam kawałek własnej.
Ale niewielki.
To, co większe musi zostać w cieniu, schowane pod rzęsami akacji, całującej się nieśmiało z parapetami, gdy tylko podmuch wiatru przybliży płatki do metalicznych ust...

Czas jest dobry dla snów.

sobota, 21 maja 2011

jeśli mi znów pęknie przez Ciebie serce...
czasem tak bardzo chciałabym, żeby nic się nie wydarzyło

znów

i dlaczego ciągle ktoś ma coś jeszcze do dodania?
nie umiem żyć.
nie tak.
i bez Ciebie też nie umiem.