czwartek, 10 czerwca 2010

Podsumowanie dnia

Mój organizm ma dość na dzisiaj. Brak snu przerodził się w Malutkiej w wersję zaawansowanego ADHD:
- odczyt zaliczony śpiewająco
- spacer i plażowanie na Rusałce
- trzygodzinny spacerniak w Hance (w kółko to było)
- porządki generalne (i wreszcie jest czysto :)
- spacerek po winko białe i sprite (dla ochłody, bo Poznań rozupalony)

Wyszukane w sieci :)

(teraz mam dość i wygląda mniej więcej tak moje ciało)

Jeszcze: obejrzę ze dwa nowe odcinki Housa i pójdę spać, bo jutro kolejny wielki dzień, że się doczekać nie mogę :))))))))))))))))))))))
Malutka lubi ten stan, gdy się na coś nie może doczekać :))))))))))))
A takich rzeczy, na które się czeka, jest więcej...

Dobrej nocy, wyspania i relaksuuuuu

Ps. Masaż by się przydał...

(po)nocny

Sen: niezbędny do życia, jak tlen, woda i pokarm (i kilka takich tam innych).

Położyłam się spać równo o 3. Padnięta, z pulsowaniem pod czaszką. Ale napisałam, bo jak nie ja to kto? Wniosek: następnym razem takie rzeczy to przynajmniej dwa dni wcześniej, a nie 8 godzin, bo się z Malutkiej zrobiły zwłoki totalne...
Miałam wstać ciut po 7, ale organizm przezorny jest, i żeby nie zaspać - obudziłam się o 6.05. Mordęga. Muszę jeszcze zrobić korektę tekstu, bo wiadomo, że jak się coś pisze na śpiącego, to potem wygląda to tak: "Marlow dostrzega barierę poduszkamiędzy nim, białymkocyk Europejczykiem, a tamtym światem, od którego oddziela gokołderkaściana ciemnego buszu. Zmysł widzenia – pozwala mu dostrzec spaćswoistość [...]".

Sen, mimo wszystko, przyszedł. Mój ulubiony z dziwnym powyginanym, kutym krzesełkiem... Kiedyś już o nim tutaj było. Dawno mi się nie śnił. Zadziwia mnie, jak wielka ilość szczegółów jest w tym śnie, jak bardzo angażuje on zmysły: widzę, dłonie wyczuwają fakturę, do nozdrzy przebija się zapach. Dostrzegam detale, błysk ostrza, kolor podłogi, ale i zmieniający się płynnie dźwięk.

Plan na dzisiaj - zdać ten durny odczyt. Położyć się spać i posprzątać, bo jakoś nie możemy dojść do ładu, a pokój wygląda jak po przemarszu wojsk zjednoczonych państw ościennych. (Albo gorzej).

Miłego dnia






środa, 9 czerwca 2010

Dobrze mi :)))))))))))))))))))))))))

Chwalmy Pana :)


Jest dzień Czesia :))))))





(jak mi coś w końcu dzisiaj nie wyjdzie, to niezwłocznie - opiszę, a póki co - narzekać nie mogę)

bo:
* napisałam napisaną recenzję (przeróbka starszej wersji, starszej, ale własnej)
* odczytałam owo dziadostwo (str. 3) na głos bez zająknięcia (pierwszy raz - mega sukces - zazwyczaj mnie trema zżerała)
* załatwiłam ksero po niższej cenie (się wie)
* kupiłam piwka 2 - dla Aneszki i siebie
* pochłonęłam zupkę przepyszną ;)


To jakby o Malutkiej, w wersji Cześ (i nawet płeć pasuje, no nie?) ;)

Żeby nie myśleć o nauce ;D

Za mną już 2 poranne kawy, a i tak mózg nie może wyjść z trybu działania: nocny. Tłumaczę sobie to tym, że tej nocy było dość dziwacznie, i to na pewno dlatego.

Kładąc się spać, zarówno Aneszka, jak i ja, miałyśmy nastroje podłe jak dwie małpy w zoo, tłuczące się po łbach skórką od banana, ot tak, bez powodu (dla sportu, rzec by można).

Na szczęście - opiewany w ostatnim poście - brak problemów z zasypianiem - szybko wyrwał mnie z posępności ;) I tutaj temat właściwy posta: SNY Malutkiej.

Tej nocy miałam 3 zupełnie różne sny. Płynnie przenikałam z jednego w następny. Szybko przystosowywałam się do zmian w otoczeniu, do zmian barw i emocji towarzyszących.

Pierwszy.
Była msza w kościele, a ja wpadłam do środka, zziajana, po to, by przekazać znajomej jakąś informację od rodzicielki, spisaną na kartce. Kara zamiast siedzieć w zwyczajowej przedostatniej ławce - usiadła w pierwszej. Malutka, przebijała się więc przez tłum i w krótkiej (w snach takie rzeczy możliwe bardziej, niż w Erze) spódniczce gnała do przodu, coraz bliżej ołtarza... Nie w smak byłoby przecież przesiedzieć w kościele ponad pół godziny, gdy w głowie buzowała świadomość spotkania niecnego, a przyjemnego, umówionego na za kilka minut :) Spotkanie niecne dodawało Malutkiej odwagi, by wreszcie stanąć przed Karą i podać jej, co podać trzeba było. Sen kończył się w momencie, gdy wybiegałam z kościoła, z miną triumfalną i wybitnie zadowoloną :))))))

Drugi.
Malutka siedziała na Sarmackiej. Była zamknięta i nie mogła się wydostać. Miotała się od ściany do ściany. Mieszkanie było zupełnie puste, pozbawione wszelkich mieszkańców i sprzętów - został tylko koc na łóżku (zresztą koc mój własny, darowany lokatorowi ulubionemu). Biel ścian powodowała fixum traumum, cisza - głośniejsza niż garkotłuki na koloniach - razem wypróżniały mi mózg, tworząc takie dziury, że zastanawiałam się, czym to zaszyć lub zakleić? Jedynym pozytywnym aspektem zaistniałej sytuacji były dostarczane mi niewiemjakniewiemkiedyniewiemprzezkogo pączki od Kandulskiego, których pudełko leżało ciągle pełne, mimo mojego wyjadania, na parapecie tego pokoju, który znam najlepiej. Wreszcie doszłam do tak monstrualnych rozmiarów, że pękłam, jak balon, który ktoś nadmuchał na dużej głębokości i chciał się z nim wydostać na powierzchnię (a tu wiadomo ciśnienie robi swoje i się balonikowi robi trach). Koniec snu.

Trzeci.
Malutka grała w szachy (jeszcze żeby umiała). Grałam z Jovanem. On miał białe pionki, ja czarne. Partia toczyła się i toczyła. Statycznie bardzo. Prawie nie dostrzegałam ruchu. Wszystko przesuwało się w niezwykle zwolnionym tempie, w zatrzymaniu wręcz. Wreszcie przegrałam i Jovan w nagrodę pożerał jakieś psie ciacha. Psiak położył mi głowę na kolanach i w sumie nic więcej. On leżał, ja się gapiłam na obraz, który pojawił się znikąd. Wielkie płótno, całe pomazane, jakby przez sforę dzieciaków z przedszkola. I z obrazu zaczęły wychodzić kolory. I tak, Malutka miała niebieskie ręce, zielony nos, czerwone ucho, brązowe usta i kretyńsko różowe nogi - bleeeeeeeeeeeeee.

Wybudził mnie sms. I dobrze, bo jak wyobrażę sobie, że mogłabym spojrzeć w lustro i zobaczyć siebie w wersji: TĘCZOWA MALUTKA, to lekko nerw mi się załącza...

Rano: okazała się, że ktoś zamknął nam okno, bo od kiedy w Poznaniu jest ciepło i pogodnie, okna nie zamykamy w ogóle. A jednak - rano było zamknięte. Ani Aneszka, ani ja tego nie zrobiłyśmy, a przynajmniej żadna z nas tego nie pamięta.

W dodatku - mam taką wielką rysę na plecach... Cosik mnie podrapało nocą. (Aneszka zauważyła, gdy się odziewałam ślicznie). Trudno samej sobie zrobić coś takiego, nawet we śnie. Krasnoludki? Lunatykowanie? Inny czort czy licho? ;)

Dziwna noc.
Długa noc.
(Może dziadów?)

Teraz - mam pisać, a nie przejawiam ochoty do tego najmniejszej... Chcę już piątku i pierwszych kotów za płoty. Dam radę? Jasne, że dam. Bardzo chcę. I bardzo mi się to podoba :)

Pozdrawiam z nad kubka maślanki: pieczone jabłko.
Miłego dnia :) :) :)
I energiiiiiiiiiiiiii (a jak macie nadmiary - to ja przygarnę - się przyda do mgrki )


Ps. I jak to zrobić, żeby mi się nie chciało nie chcieć, a chciało chcieć? Bo nie wiem :)))))))))))
Ps.2. I kocha się dalej :))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))
Ps.3. Odbija mi, poozyyytyyywnieeee.
Ps.4. Zaległe zdjęcia?


Ps.5. Gra mi w głowie:

wtorek, 8 czerwca 2010

Bez sensu, ale jednak.

Znacie to dziwne wrażenie, gdy mózg nie odczuwa upływu czasu? Gdy wszystko zatrzymuje się w miejscu? Gdy ciągle i nieustannie ma się do czynienie z TU i TERAZ, a nie z KIEDYŚ i GDZIEŚ...? Takie zapętlenie swoiste.

Wyszukane w sieci :)

Salvador Dalí, The Railway Station at Perpignan
(tak mi jakoś we łbie zabłysło).

Zaczynam myśleć, że nic się nie zmieniło. Że nadal jest po staremu. Że nie mogłoby być inaczej, bo niby jak?
To tyle z wywodów pod tytułem: "Malutka ma źle w głowie"

Ciąg dalszy - Malutka wczoraj uczestniczyła w babskim wieczorze z Aneszkiem i Hankiem w roli głównej, no i jeszcze z Malutką oczywiście.
Przed wyjściem Izz określiła Aneszkę i mnie mianem: "jajeczek wielkanocnych" - Aneszka miała żółtą bluzeczkę na ramiączkach, ja - jaskrawozieloną. Wyglądałyśmy wiosennie, albo i letnio ;))))
Na Hankowych Winogradach gadałyśmy o wszystkim, z nastawienie na: "Głodnemu chleb na myśli" i "Głodny głodnemu wypomina" i jeszcze: "A potem i tak sraczka murowana". Seks. Wszechobecny. Wszechogarniający.

Powrót. O północy mniej więcej - zmarzłyśmy jak cholera. Ale przyjemnie było się ciut wychłodzić - lubię, gdy czasem jest mi zimno. Mimo wszystko dzisiaj mam maleńki ból gardła w gratisie. W pokoju: padłam jak kłoda na łóżko i SPOKOJNIE usnęłam. Wreszcie sypiam jak człowiek :)

Puste łóżko da się przeżyć. Pustego pokoju - już przeżyć się nie da...

Związek, w którym druga strona szczelnie wypełnia sobą pustki przestrzeni ma swoje plusy, gdy trwa. Gdy się kończy - kończy się też komfort wypełniania luk. I ma się wtedy zdecydowanie za dużo miejsca. Sen obija się o ściany, łóżka, krzesła, ale nie wskakuje do głowy, nie przymyka oczu. Nie przenosi do krainy majaków/ widzeń i innych jaw.
Przynajmniej ja tak mam.

Plan na dzisiaj - zrobić to, co należy zrobić. Napisać, co należy napisać. I zapomnieć o Bożym świecie.

Przypomniała mi się taka historyjka:
mały Alejandro miał 5 lat, gdy odkrył do czego służy plastelina. Zalepił nią wszystkie dziurki od kluczy, przyczepiał nań uchwyty wszelakie (które wcześniej zgrabnie strącił/ popsuł) i generalnie nawet szafkę w biurku zamykał na plastelinę - wystarczyło odrobinę zamieścić na jednej z listew i potem tylko docisnąć drzwi - i gotowe. Było to problematyczne. Zwłaszcza, że Alejandrowi było mało. Postanowił pójść krok dalej - i zalepić buźkę, ale nie swoją oczywiście. Radzimir się do tego nie nadawał - był starszy, silniejszy - nie warto było, choćby próbować, bo gwarantowany cios w czapę. Kto został? - mały Cześ, jakiś taki prawie trzyletni. I Czesiek, standardowa dziewczynka - bronić się nie był wstanie, czyli pasował idealnie, jako nadrzędny królik doświadczalny. Tajne laboratorium zewnętrzne (wewnętrzne- domowe - było mniej tajne), mieszczące się w piaskownicy na ogródku stanowiło ośrodek wszelakich działań i inwazji pomysłów głupich i głupszych, ale błyskotliwych wielce. Pewnego pięknego popołudnia (Malutka pamięta, jakby to było dzisiaj) wrzeszczał mały Cześ niemiłosiernie, ledwie nadążając z wypluwaniem plasteliny, wciskanej na chama do jamy ustnej - Alejandro rzekł słowa święte, słowa wieszcza: "To jest plastelina. A Ty masz być cicho. To jest eksperyyyymentmm. Takie jest życie. Dzidzia". Na szczęście nadbiegła jedna z rodzicielek (i tu Malutka ma wątpliwości: Alejandrowa czy Czesiowa to była mama) i oczyściwszy buzię Czesia z plastelinowego wypełnienia - przerwała eksperyment, jako niezgodny z prawami człowieka, niebezpieczny dla zdrowia i życia czy coś. :)

Naszło mnie na wspomnienia, ale może życie faktycznie jest eksperymentem?
(Szkoda, że nie moim, trochę pokombinowałabym w całości przebiegu, począwszy już od samiuśkiej genezy...).

Tyle wymarudzania na dzisiaj.
Mykam, biorąc się do roboty, z oczyma wlepionymi w Kazimierza I Wielkiego, grzebiącego się między trocinami.


Ps. Mi się powinno wyłączyć zmysł węszenia podstępów. Mam chwilowo stan podgorączkowy, czyli umysł w pełnej gotowości do wyszukiwania przekrętów. Nie wierzę w przypadki, przekształcające się w przeznaczenie.
Ps. 2. Podobno wczoraj byłam jedną z dwóch części składowych medium. Część składowa nr 2 tak orzekła. :Q

sobota, 5 czerwca 2010

Po...

Przeżyłam.
Właściwie wszyscy przeżyli.
Oczywiście w kościele nie zrobiłam nic w związku z witaniem/ żegnaniem/ dziękowaniem.
Poradzili sobie beze mnie.

Jego Eminencja okazał się być fajnym facetem, właściwie w moim typie ;)
Ale to dopiero przy obiedzie, gdy przebił się w rozmowie z Resztą Gromady w moją stronę. Dziwne, bo siedziałam cicho, obserwując to, co dzieje się w pokoju, nie wychylając się (jak Alejandro), nie frapując spostrzeżeniami (jak większość). Po prostu cicho. I zaczęliśmy rozmawiać, trochę o książkach, trochę o Poznaniu, aż wreszcie tor boczny: "wyróżniasz się, masz coś w oczach". Tzn? "Jakiś smutek i wielką ciekawość"...
Bez komentarza.


Ale co racja to racja - wszystko zaczyna mnie interesować...
A do tego - wczoraj biegałam.
Dzisiaj też zdążyłam zrobić kółeczko. Dzielnie towarzyszył mi Jovan.


Motto dnia: dobrze mi :)))))))
P.


Ps. Nie mogę doczekać się jutra!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! :))))))))))))))))))))))))
Ps. Może Adaś po mnie przyjedzie jutro...?

piątek, 4 czerwca 2010

Eminencja

wstałam.
wściekła jak dziki pies podrażniony przez, przez, przez kota, na przykład.
o 7 rano przywitał mnie dziwny ton mojej rodzicielki - miły, ciepły z prośbą niewypowiedzianą...

zazwyczaj prośby mamy wiążą się z kupieniem czegoś (najczęściej: tytoniu i filterków)
ale dzisiaj
rekord

że niby w Gnieździe Rodzinnym, a właściwie w obszarze okalającym, bunt wybuchł i nie ma komu podziękować Jego Eminencji za wizytę, i że niby Alejandro i ja mamy to zrobić pod koniec mszy ;/;/;/


Sajgonarium. Nie ma mowy. Over my death body!!!!!
Nie będę robiła z siebie durnia.
Ani innej ofiary losu.

Niech sobie idzie dziękować, witać, żegnać, jakaś inna panna - Cześ nie ma zamiaru.

i już!



Ładnie się ten dzień zapowiada. ;/;/;/;/;/;/;/;/;/;/;/;/;/;/